Ptasiek

William Wharton, Ptasiek, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1996.

 

„Kanarki w klatce są jak ludzie, w tym sensie, że wiodą nie całkiem naturalny dla siebie tryb życia. Żyją bezpieczniej, niż gdyby żyły naturalnie, dlatego niewiele wiedzą o zagrożeniu fizycznym i brak im doświadczenia w walce o byt. Ptak, który umarłby na wolności z przyczyn naturalnych, bywa często specjalnie utrzymywany przy życiu przez hodowcę, który ma w tym własne cele – inne niż walka o przetrwanie – na przykład kolor albo śpiew, albo kształt ciała, czy co tam jeszcze. Ptak w klatce stopniowo traci witalność i samodzielność, która umożliwiłaby mu przetrwanie.” (s. 115)

 

„Prawie wszyscy dają się wrobić w ten kretyński zwyczaj ciągłego sprawdzania, czy przypadkiem ktoś nie patrzy, jakby się człowiek bał, że w każdej chwili mogą go przyłapać na gorącym uczynku. Przez rodziców i zasraną szkołę człowiek ma później prawie bez przerwy nieczyste sumienie.” (s. 144)

 

„Ptaki nie płaczą. Chyba jedynym zwierzęciem zdolnym do płaczu, śmiechu i kłamstwa jest człowiek. Większość zwierząt stara się unikać śmierci, ale niezbyt się nią przejmuje.” (s. 154)

 

„Po przebudzeniu długo leżę w łóżku; jest sobota. Muszę wysprzątać wszystkie klatki rodzinne. Muszę dać świeży pokarm, oczyścić system doprowadzania wody, utrzeć jajka, wymyć wszystkie miseczki na papkę. Czy ptaki w ogóle się zastanawiają, skąd przybywa jedzenie? Żadne z ziaren, które dostają, nie wyrośnie w promieniu setek mil od awiarium. Wszystko jest takie sztuczne, udawane. Moje ptaki żyją tylko dlatego, że ja chcę, aby żyły.

W naszym świecie jest pewnie tak samo. Przy śniadaniu biorę grzankę i smaruję ją masłem. Nie mam pojęcia, jak się robi masło albo chleb. Nie wiem, jak się hoduje krowy i jak się je doi. Nie umiałbym zasiać zboża, zebrać, wymłócić ziarna, zemleć, upiec. Sroczka, co kaszkę warzyła, przerasta mnie o głowę.” (s. 188)

 

„Kto wygrywa? Co znaczy wygrywać? Najlepszy sposób, żeby przegrać, to wiedzieć, że się musi wygrać. Jedno wiem na pewno. Życie wymyka się człowiekowi jak piskorz.” (s. 188)

 

„Zastanawiam się, jaką czynność człowieka można by przyrównać do śpiewu kanarków. Chyba myślenie. Wybudowaliśmy dla siebie klatkę – cywilizację – gdyż byliśmy zdolni do myślenia, a teraz musimy myśleć, ponieważ jesteśmy zamknięci w klatce. Wiem, że na zewnątrz jest świat prawdziwy; trzeba tylko wydostać się z klatki. Lecz czy moje kanarki śpiewałyby tyle, co teraz, gdyby mogły żyć w otwartej przestrzeni i fruwać, gdzie chcą? Nie wiem. Mam nadzieję, że kiedyś odpowiem sobie na to pytanie.” (s. 193)

 

„Al namawia mnie na lekkoatletykę, uważa, że powinienem trenować dysk. Uparcie mierzy długość rzutów. Lubię rzut dyskiem, ale nie lubię tego mierzenia. Usiłuję to wyjaśnić Alowi, ale próżny trud. Uważam, że ludzie tracą w wielu rzeczach prawdziwą przyjemność właśnie przez mierzenie, obliczanie punktów, chęć wygranej.” (s. 202)

 

„Odczuwam wielką potrzebę bycia ojcem. Pragnę karmić swoje własne dzieci. Co chwila karmię Pertę na gnieździe i śpiewam dla niej. Ojcostwo, świadomość, że jestem cząstką swoich dzieci, będzie ważnym dowodem na to, że istnieję. Czuję, że będę istniał bardziej niż dotychczas, nie tylko jako ptak, lecz i jako chłopiec. Świadomość ojcostwa jest dla samca jednym z koniecznych dowodów istnienia.” (s. 218)

 

“Muszę nauczyć się żyć z lękiem. Lęk jest wbudowany w człowieka i nie ma sensu z nim walczyć. Bez lęku bylibyśmy zwierzętami sukcesu. Lęku nie należy się wstydzić. Jest równie naturalny i konieczny jak zabawa albo ból. Muszę nauczyć się z tym żyć.” (s. 232)

 

„Myślę, że tworzyłem sam siebie głównie po to, żeby pobić ojca, nie pobić dosłownie, ale być lepszym niż człowiek, za jakiego go uważałem. I w ten sposób stałem się taki jako on. Upodabniamy się do tych, z którymi walczymy. Jak kanibale, którzy zjadają kawałek ciała przeciwnika, aby wchłonąć w siebie jego odwagę. Istna kołomyja!” (s. 234)

 

„Odkryłem, że bardziej niż inni boję się rzeczy, na które nic nie mogę poradzić – na przykład ognia artylerii. Byle wypierdek, gnojek, który każdemu boi się spojrzeć w oczy, którego mógłbym ręką zmieść z powierzchni ziemi, potrafi siedzieć sobie spokojnie pod ogniem w okopie, gdzie z obu ścian sypie mu się na łeb, i zajadać batony albo opowiadać dowcipy. Tacy też się boją, pewnie, ale potrafią z tym żyć. Chciałbym bać się godnie, ale nie wiem jak. Przeszywa mnie głęboki aż do kości strach, że zostanę zmiażdżony. Na tysiąc różnych sposobów widzę krew, moją własną krew. Kładzie mnie pierdolona miłość do własnego ciała. Dochodzi do tego, że się boję, że będę się bał. Boję się, że za którymś razem po prostu zacznę wiać, i wszelką siłą zmuszam się do pozostania w miejscu, nawet jeżeli nic się nie dzieje. Wszyscy się pomału dowiadują, że ze mnie twardy makaroniarz, tyle, że bez jaj.” (s. 248)

 

“Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć.” (s. 270)

 

„Teraz dopiero utknęliśmy jak gówno w rurach.” (s. 24)

 

„Fruwa, bo się nie boi, a nie dlatego, że ptak powinien fruwać.” (s. 67)