być

Poczucie winy w jakimś stopniu towarzyszy mi od zawsze. Mam co jeść i pić, gdy w tym samym czasie ktoś przymiera głodem, bo mogę podróżować, gdy niektórych nie stać na to, by ruszyć się ze swojej miejscowości, mogę studiować, gdy niektórzy od dziecka muszą pracować na polu lub w fabryce, mogę w wolnych chwilach posiedzieć na necie, pogadać z rodzicami, wyjść na spacer, iść do sklepu, mam ciepłą wodę w kranie, koc, buty, okulary, książki…

 

tyle mam, a przecież tyle mógłbym nie mieć!

 

Tak. Chciałbym być zbawicielem. Chciałbym wszystkich uzdrowić, wszystkim dać dach nad głową, nakarmić, wyedukować, stworzyć warunki do życia. Ten natłok myśli to po spotkaniu z tą Cyganką, która wyszła na drogę. Jak ona przeraźliwie krzyczała! Ludzie się poruszyli. Porządek, trzeba było zachować porządek. Niewiele się nauczyliśmy ostatniego czasu. Raz kazaliśmy mu odprawić tłum, to powiedział, że mamy ich nakarmić, wczoraj zabranialiśmy dzieciom podchodzić do niego, a on je wszystkie brał na ręce. Dziś ta kobieta. Pierwsza myśl – oczywiste! – niech jej każe odejść. Nawet na to przystał (hmm… nigdy nie wiadomo co powie i kiedy…). Nie za bardzo chciał z nią rozmawiać, bo miał inny plan, ale ona nagle, nie wiem jak, znalazła się przy jego stopach. Wyprosiła to, czego chciała. To wydarzenie nie dawało mi spokoju. Chodzimy po małym skrawku ziemi. W tym samym czasie, kiedy uzdrawia tę garstkę, musi sobie zdawać sprawę, że na całej ziemi takich ludzi jak ona jest tysiące tysięcy. Ta jedna Cyganka jest kroplą w morzu. W takim razie uzdrawianie nie było jego głównym celem. Rzuciłby wtedy całe to nauczanie i wędrowałby z miejsca na miejsce. Stałby się wtedy szamanem, wędrownym magikiem. Czy jego głównym celem było nauczanie? Gdyby tak było, to rzuciłby całe to uzdrawianie i popłynął do Grecji, tam było miejsce dla filozofów i myślicieli. Ma mało czasu, bo życie jest krótkie. W tym czasie niewielu uzdrowi, nie wszyscy usłyszą jego słowa. Ale to miało wystarczyć. Nawet swoją wędrówkę ogranicza tylko do małego obszaru. On chce z nami być tyle ile się da, byśmy mogli być później z innymi ile tylko się da. „Tak, chciałbym być zbawicielem” – co za utopia! Nawet moja śmierć niczego nie zmieni. Jego śmierć? To już zupełnie co innego.

 

tyle mnie nie ma, a tyle mogłoby mnie być…

 

 

Mateusz napisał:

 

Jezus odszedł stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Pewna kobieta kananejska, która pochodziła z tych stron, wyszła Mu naprzeciw i głośno wołała: „Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Zły duch bardzo dręczy moją córkę”. Ale On nie odezwał się do niej ani słowem. Uczniowie podeszli do Niego i prosili: „Opraw ją, bo krzyczy za nami”. On odpowiedział: „Przecież zostałem posłany tylko do owiec, które zginęły z domu Izraela”. Ona jednak podeszła, pokłoniła się i prosiła: „Panie! Pomóż mi!”. Lecz On odpowiedział: „Nie wypada zabierać chleba dzieciom i rzucać go szczeniętom”. Ona zaś rzekła: „Tak, Panie! Ale i szczenięta zjadają resztki, które spadają ze stołu ich panów”. Wtedy Jezus powiedział: „Kobieto! Wielka jest twoja wiara! Niech więc ci się stanie tak, jak chcesz”. I w tej samej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

 

„dorosłość”

Dzieci są szczęśliwe już przez sam fakt, że nie muszą się martwić. No właśnie. Tak się zamartwialiśmy wszystkim, że zabroniliśmy im podchodzić do niego. On się zajmował sprawami poważnymi. Sprawami nie tego, ale „tamtego” świata. Tak spoważnieliśmy, że zabranialiśmy rodzicom podchodzić z dziećmi.

 

„Nie przeszkadzajcie”.

 

Znów obuchem w głowę. Nawet Piotrek, który zwykle wyskakuje z jakimś pytaniem lub pomysłem, oniemiał. Tak się już przyzwyczailiśmy do jego obecności, że pozwalamy sobie na wiele. Czasem chyba na zbyt wiele. Odsunęliśmy się. Dzieci zaczęły do niego podchodzić. Patrzyłem na nie i pytałem siebie: „gdzie leży problem”? Nie zauważyłem tego, ale wydaje się, że zachorowaliśmy na chorobę, której na imię „dorosłość”. Główny syndrom: zatrzymanie się w rozwoju. Jakimkolwiek. Przecież tyle już wiemy, tyle przeszliśmy, tylu rzeczy się nauczyliśmy. Nieważne jaka jest jakość tego co mówimy, robimy i co z siebie dajemy. Swoje mamy za sobą. Zmęczeni życiem. Czas na „dorosłość”. Na minimum egzystencji. On próbuje wyrwać nas z tego „dorosłego” marazmu, stawia trudne pytania, jak dziecko, idzie w świat, jak dziecko, ufa, jak dziecko, nie martwi się o przyszłość, jak dziecko, czasem nawet wydaje się być naiwny, jak dziecko. Przede wszystkim chce mu się. Chce mu się żyć.
Spotkałem w życiu wielu wspaniałych ludzi. Nie, nigdy nie pozwolili sobie na to, by być dorosłymi! Ciągle idą do przodu. Uczą się na nowo wielu rzeczy, mimo tego, że co chwila nadchodzi jakieś „nowe pokolenie”, „nowe myślenie”, „nowe czasy”. Próbują zrozumieć. Wiedzą, że ich dawne doświadczenie nie jest jedyną odpowiedzią na to, co ich teraz spotyka. Potrafią przyznać się do błędów, czasem nawet przeprosić, gdy jest taka potrzeba.

 

Obym nigdy nie „dorósł”.

 

Gdy wszystkie dzieci wróciły do rodziców ruszył w drogę. Poszliśmy za nim.

 

 

Mateusz napisał:

 

Wtedy przyniesiono do Niego dzieci, żeby nałożył na nie ręce i modlił się, ale uczniowie stanowczo im zabraniali. Lecz Jezus powiedział: „Dopuście dzieci! Nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie, bo do takich jak one należy królestwo niebieskie”. I kładł na nie ręce. Potem odszedł stamtąd. (Mt 19,13-15)

Zawsze. Każdemu.

Piotrek nie bał się zadawać pytań. Czy pytał tak sam z siebie? Może coś go ruszyło po drodze. Gdy Piotrek zadał mu pytanie, wstrzymałem na chwilę oddech. Przebaczenie. On zawsze przebaczał, więc jego odpowiedź nie mogła być inna.

 

Przebaczać. Zawsze. Każdemu.

 

Nie rozumiem i nie wiem jak. Skąd on ma tyle siły, żeby przebaczać? Miał kilku poważnych wrogów. Co chwila ktoś nam mówił, że szykowana jest intryga, jakiś pretekst, żeby tylko mogli zrobić z nim porządek. Był niewygodny. Wiem, mówię o nim, bo uciekam przed tematem.

 

Przebaczać. Zawsze. Każdemu.

 

Opowiedział (znów uciekam przed tematem) nam historię, o tym jak jakiś król darował dług słudze (nie byle jaki, bo aż 340 ton złota!). Dług został anulowany. Ale ten zaraz poszedł i zaczął żądać od swoich znajomych zwrotu pożyczonych 100 denarów – przy tych tonach złota to śmiech na sali. Oczywiście mówiąc o królu mówił o swoim ojcu. Te tony złota to nie był jakiś tam gest. Zawsze jak mówił o ojcu, mówił na serio. Chciał wbić nam do głowy raz na zawsze, że jego ojciec właśnie taki jest. I wbrew obiegowemu powiedzeniu, że jak nie wiadomo o co chodzi… w tym przypadku na pewno nie chodzi o kasę.

 

Przebacza. Zawsze. Każdemu.

 

Dziś poszedłem na spacer. Kolejne dni, kiedy znów rozczarowuję się sobą. Nie ma happy endu. Przynajmniej na razie. Nie w tym temacie. Nie dziś. Podszedł do mnie, ale odwróciłem twarz i utkwiłem wzrok w ziemi. Dałem mu do zrozumienia, że chcę być na razie sam. Oddalił się, ale nieznacznie. Teraz czeka na odpowiedni moment na rozmowę. Zawsze szanował to, że potrzebowałem więcej czasu na zrozumienie pewnych spraw. Teraz też tak robi. Nic nigdy na siłę. Żadnej przemocy. Zna granicę, której nie wyczuwam czasem ja sam. Granicę mojej wolności. Ruszył w drogę, ruszyłem za nim.

 

 

Mateusz napisał:

 

„Wtedy podszedł Piotr i zapytał: „Panie, ile razy mam przebaczyć bratu, jeśli wobec mnie zawini? Czy aż siedem razy?”. Jezus mu odpowiedział: „Nie twierdzę, że siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego królestwo niebieskie podobne jest do króla, który postanowił rozliczyć się ze swoimi sługami. Kiedy zaczął to robić, przyprowadzono mu dłużnika, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego oddać, pan kazał go sprzedać wraz z żoną i dziećmi, i wszystkim, co posiadał. W ten sposób chciał odzyskać dług. Wtedy sługa upadł przed nim na ziemię i błagał: «Okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam». Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Gdy ów sługa wyszedł, spotkał innego sługę swego pana, który był mu winien sto denarów. Chwycił go, zaczął dusić i mówił: «Oddaj wszystko, coś winien». A on upadł na ziemię i prosił: «Okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam». On jednak nie chciał, lecz odszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Gdy inni słudzy dowiedzieli się o tym, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli o wszystkim swojemu panu. Wtedy pan wezwał go i powiedział: «Jesteś złym człowiekiem! Darowałem ci cały dług, bo mnie prosiłeś. Czy i ty nie powinieneś był zmiłować się nad swoim dłużnikiem, tak jak ja zmiłowałem się nad tobą?». I pan rozgniewany wydał go katom, dopóki nie odda mu całego długu. Podobnie postąpi z wami mój Ojciec, który jest w niebie, jeśli każdy z was szczerze nie przebaczy swojemu bratu”. Gdy Jezus skończył przemawiać, opuścił Galileę i drugim brzegiem Jordanu przybył do Judei”. (Mt 18,21-19,1)

ma prawo

To moja pierwsza homilia po włosku. To jest w ogóle moja pierwsza homilia w moim diakońskim posługiwaniu. Uczę się. Kontekst jest ważny. Jesteśmy na kursie włoskiego. Od ponad miesiąca wkuwamy włoską gramatykę. W kaplicy siedzą uczestnicy kursu – różny poziom zaawansowania. Wszystkie zdania musiały być napisane bardzo prostym językiem, żeby każdy mógł zrozumieć. Do tego musiało być krótko. Całość trwała około 1’ 30’’. Pod tekstem włoskim znajdziecie polskie tłumaczenie.

 

Loro sono ciechi

e guide di ciechi.

E quando un cieco

guida un altro cieco

tutti e due

cadranno in un fosso!

(Mt 15,14)

 

Oggi ho paura

di leggere le parole di Gesù.

Di chi parla Gesù?

Sappiamo bene

che non ci sono più i farisei.

Ma continuamente

leggiamo le parole di Gesù

scritte secondo Matteo

anche nel nostro tempo.

Di chi parla Gesù oggi?

Ho un gran paura

che oggi Gesù parla di me.

Non parla di noi, loro, lei, lui, voi

oppure tu…

Io non posso dire così!

Perchè tutte le difficili parole di Gesù

posso rivolgere solo a me.

Quando voglio parlare del vangelo

devo ricordare

che la grammatica è molto importante.

Specialmente quando vorrei usare

la seconda persona plurale o singolare,

cioè “voi” e “tu”.

Ma anche la prima persona plurale

mi sembra un po’ strana,

perchè per me

è la forma di cortesia di “voi”.

Gesù Cristo è il nostro Signore.

Credo che non io

ma solo Lui

ha diritto

a parlare a buon diritto

a loro

a lui

a lei

a voi

e

a te

(Verona,  5/08/14)

 

 

“To są ślepi przewodnicy ślepych.

A jeśli niewidomy

prowadzi niewidomego,

obaj wpadną do dołu”.

(Mt 15,14)

 

Dziś boję się czytać słowa Jezusa.

O kim mówi Jezus?

Dobrze wiemy,

że nie ma już żadnych faryzeuszy.

Wciąż jednak czytamy słowa Jezusa,

napisane przez Mateusza,

także w naszych czasach.

O kim Jezus mówi dziś?

Mam duże obawy,

że Jezus dziś mówi o mnie.

Nie mówi o nas, o nich, o nim, o niej, o was,

czy o tobie…

Tak nie mogę mówić.

Ponieważ wszystkie trudne słowa Jezusa

mogę odnieść tylko do siebie.

Kiedy chcę mówić o Ewangelii

muszę pamiętać o tym,

jak ważna jest gramatyka.

Szczególnie wtedy, kiedy chciałbym użyć

drugiej osoby liczby mnogiej lub pojedynczej,

to znaczy „wy” i „ty”.

Również pierwsza osoba liczby mnogiej

wydaje mi się trochę dziwna,

ponieważ według mnie

jest to tylko uprzejma forma zwrotu „wy”.

Jezus Chrystus jest naszym Panem.

Wierzę, że nie ja,

ale tylko On

ma prawo

mówić wprost

do nich

do niego

do niej

do was

i

do ciebie.

(Werona, 5/08/14)

akt mowy

Basia Krupka

 

A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. (Rdz 1,26-30; Biblia Tysiąclecia)

W pierwszym opisie stworzenia człowieka na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim skutek działań Boga. Z językoznawczej perspektywy warto jednak zagłębić się nie w to, co zostało stworzone, lecz w jaki sposób.

Wiele dyskusji rozpętało się na temat samego aktu stworzenia. Lecz do tej pory chyba żaden z badaczy nie powiązał go z teorią aktów mowy Austina*. Bóg nie stwarzał świata (według przytoczonego wyżej opisu) z istniejącej materii, lecz posługiwał się Słowem. Działał więc w rzeczywistości językowej w taki sposób, który tworzy nową, także pozajęzykową rzeczywistość.

Austin podzielił akt mowy na trzy aspekty: lokucyjny, illokucyjny i perlokucyjny. Lokucja to, mówiąc najprościej, tworzenie i artykułowanie wypowiedzi. W powyższym tekście jest to samo brzmienie wypowiadanych słów. Illokucja to intencja, w jakiej tworzona jest wypowiedź. Kierowana jest do odbiorcy w jakimś konkretnym celu, na przykład kiedy mówimy „przepraszam”, aspektem illokucyjnym będzie nasza chęć, aby rzeczywiście kogoś przeprosić. W tekście biblijnym będzie to zaś prawdziwa chęć stworzenia człowieka zgodnie z Bożym zamysłem. O perlokucji mówimy zaś, gdy wypowiedź okazuje się skuteczna, wywołuje u odbiorcy zamierzony efekt.

Tu pojawić się może pewien problem natury ontologicznej. W powyższych aspektach aktu mowy uwzględniony jest bowiem odbiorca, wydaje się zaś, że Bóg „rzecze” w pustkę. Czy zatem Austin nie miał racji, formułując swoje tezy związane z performatywami** (z którymi mamy tu niewątpliwie do czynienia, skoro pewna rzeczywistość zostaje skutecznie stworzona wyłącznie za pomocą aktu mowy)? Wydaje się, że odpowiedź może być inna. Skoro Bóg istnieje poza czasem, to również w taki sposób odbywa się stwarzanie człowieka. Kiedy więc mówi „uczyńmy człowieka”, wypowiedź tę kieruje do istoty, który już istnieje w Bożych zamysłach, nie do jakiegoś przyszłego, nieokreślonego bytu.

Tę tezę zdaje się podkreślać paralelizm składniowy, czyli figura polegająca na powtarzaniu zdań o podobnej budowie. W stworzeniu świata tę funkcję pełnią dwa powtarzające się sformułowania: „A potem Bóg rzekł” oraz „A Bóg widział, że były dobre”. Paralelizm ma na celu podkreślenie równoległości zdarzeń. Można więc, w perspektywie nieograniczoności Boga czasem i przestrzenią, pokusić się o stwierdzenie, że Bóg stwarza każdego człowieka cały czas, za pomocą swoich Słów (rozumianych m.in. jako Biblia).

*John Austin (1911-1060) – brytyjski filozof, znany przede wszystkim z wykładów dotyczących filozofii języka
**performatyw – szczególny rodzaj aktu mowy będący jednocześnie działaniem, np. podziękowanie, przeproszenie

zysk

Zapytał Go pewien zwierzchnik: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu odpowiedział: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij swego ojca i matkę!» On odrzekł: «Od młodości przestrzegałem tego wszystkiego». Jezus słysząc to, rzekł mu: «Jednego ci jeszcze brak: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną». Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty. Jezus zobaczywszy go [takim] rzekł: «Jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego». Zapytali ci, którzy to słyszeli: «Któż więc może być zbawiony?» Jezus odpowiedział: «Co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga». Wówczas Piotr rzekł: «Oto my opuściliśmy swoją własność i poszliśmy za Tobą». On im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu albo żony, braci, rodziców albo dzieci dla królestwa Bożego, żeby nie otrzymał daleko więcej w tym czasie, a w wieku przyszłym – życia wiecznego». (Łk 18,18-30)

Mówi się, że ekonomia widzi w działaniu człowieka jedynie pogoń za zyskiem. Jest to jednak stereotyp nie znajdujący potwierdzenia w rzeczywistości. W ekonomii jest wiele różnych metod i podejść odrzucających to założenie. Nawet Adam Smith, którego uważa się za ojca nowoczesnej ekonomii, uważał inaczej, choć błędnie przypisuje się mu takie twierdzenie. Jest to pewne wypaczenie związane z rozwojem nauk ekonomicznych idących w kierunku budowania matematycznych modeli, które niestety są w swojej naturze ograniczone i muszą przyjmować jakieś uproszczenia. W gruncie rzeczy ekonomia nie zaprzecza Biblii i nie wyklucza innych motywów działania. Mogą to być pieniądze, rodzina, dobroczynność, ojczyzna, zbawienie i mnóstwo innych.

Powyższy fragment jest nieco kontrowersyjny, a nawet dezorientujący. Czy dobry chrześcijanin powinien cierpieć nędzę? Czy ktoś obdarzony bogactwem musi koniecznie wszystko oddać, bo inaczej nie zostanie zbawiony? Oczywiście, że nie. Jezus nie mówi o tym, żeby być biednym. Używa jedynie bardzo radykalnego przykładu, aby pokazać nam jakie motywy działania podobają się Bogu najbardziej. Najważniejszym motywem naszej aktywności powinno być zbawienie, ale nie wyklucza to osiągnięcia zysku jako wypadkowej niektórych naszych działań. Nie może on być jednak ważniejszy. Bo bogaty młodzieniec będzie miał problem ze zbawieniem nie dlatego, że jest bogaty, ale dlatego, że bogactwo jest dla niego ważniejsze niż królestwo Boże. Jezus uczy nas w tym fragmencie, że nie ma nic złego w podnoszeniu standardu swojego życia (apostołom mówił, że otrzymają dużo więcej już tu na ziemi), ale powinniśmy być gotowi w każdej chwili oddać to, co uzbieraliśmy bez większego żalu. Nie może być to ważniejsze od zbawienia, które powinno być celem najwyższym. Ma to sens patrząc nawet zwyczajnie po ludzku. Nic na ziemi nie jest zapewnione. Wszystko jest niezwykle ulotne – ludzie umierają, bogactwa przemijają, a zdrowie się kończy. A moment, w którym coś w życiu stracimy przyjdzie na pewno. Warto więc gromadzić trwalszy majątek.

czas

Maciej Mateusz Telesiński

 

“Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.” (Rdz 1,1)



Pierwszą kwestią, która uderza geologa przy czytaniu Biblii jest czas. Biblia opisuje losy Świata od Stworzenia po Czasy Ostateczne. Czas jednak nie płynie w niej jednostajnie. Inaczej pisząc – nie da się wyliczyć ile lat przypada na jeden rozdział czy werset. 

Już pierwsze zdanie Księgi Rodzaju obejmuje nieskończenie długi okres czasu, bo przecież zanim Bóg stworzył niebo i ziemię, istniał już całą wieczność. Kolejne dwa rozdziały opisują procesy, które – jak wiemy z badań naukowych (choć oczywiście nie jest to opis naukowy) – trwały miliardy lat. Dalej mamy księgi historyczne, opisujące co najmniej kilkanaście wieków historii Narodu Wybranego. Następnie księgi mądrościowe i prorockie, którym ciężko przypisać jakiś konkretny odcinek czasu, a często nawet moment powstania. Wreszcie Nowy Testament: cztery Ewangelie opisujące cztery razy, bardzo szczegółowo, praktycznie ten sam, około 3-letni okres, Dzieje Apostolskie, obejmujące kilka lat i Listy, którym podobnie jak części Starego Testament ciężko przypisać konkretny czas. Na końcu zaś Apokalipsa, podobnie jak Księga Rodzaju obejmująca swoją treścią całą wieczność.

Z zapisem kopalnym jest podobnie. Bardzo cienka warstwa skał osadowych może powstawać przez miliony lat, a wiele metrów osadu może zostać zdeponowanych niemal natychmiastowo, np. w wyniku osuwiska. Dla przykładu, nawet we współczesnych oceanach prędkość depozycji* waha się od kilku milimetrów (np. w Oceanie Arktycznym) do kilku metrów (np. w pobliżu ujść rzek) na tysiąc lat. W zapisie kopalnym zdarzają się też luki stratygraficzne (tzw. hiatusy) – odcinki czasu niezapisane w profilu geologicznym w wyniku przerwy w depozycji lub usunięte przez erozję. W wyniku ruchów tektonicznych warstwy skalne mogą zostać przemieszczone, co oznacza, że ich ułożenie zmieni się w stosunku do pierwotnego. Może się nawet zdarzyć, że w danym profilu warstwy o tym samym wieku będą występowały kilkakrotnie. Bywa i tak, że bardzo trudnym lub wręcz niemożliwym jest dokładne datowanie danej warstwy.

*Depozycja to inaczej osadzanie, opadanie ziaren skalnych lub szczątków organicznych najczęściej na dno jakiegoś zbiornika wodnego – od oceanu po kałużę. Może też zachodzić na suchym lądzie, jednak takie osady są zazwyczaj mniej trwałe, łatwo np. rozwiewa je wiatr. Prędkość depozycji podaje się najczęściej w jednostce miąższości (grubości) na jednostkę czasu, np. w cm/1000 lat.

ewangeliczna inwestycja

Piotr powiedział do Jezusa: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?» Jezus zaś rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy». (Mt 19,27-29)

 

Apostołowie wykazują zupełnie ludzkie zaniepokojenie przysłowiowym „jutrem”. Ich sytuacja była przepełniona niepokojem: w końcu porzucili wszystko dla niedawno poznanego gościa, który im opowiada różne ciekawe rzeczy, uzdrawia i czyni cuda, ale przecież życie to także obowiązki. Kto się zaopiekuje nimi i ich rodzinami? Troska o to jest zupełnie naturalna, więc otwarcie ją przedstawiają. Jezus w odpowiedzi prezentuje im koncepcję inwestycji. Współczesny inwestor przeznacza zgromadzony majątek na jakieś aktywa, które – jak głęboko wierzy – odda mu zainwestowany kapitał powiększony o zysk. Identycznie apostołowie: porzucili swój majątek, rodziny i ważne dla nich sprawy, a teraz pytają jaki będzie z tego zysk. Na pierwszy rzut oka może nam się to wydawać bardzo interesowne, ale uczniami kierowała jednak troska o jutro, niepewność. Te aspekty są nieodłączną częścią naszej codzienności. Tak samo jak apostołowie nie wiemy co spotka nas jutro, nie wiemy czy już czegoś nie straciliśmy. Podobnie jest z wiarą. Apostołowie także nie byli pewni – oni wierzyli. Bo tam gdzie pojawia się brak pewności, tworzy się miejsce na wiarę. I właśnie ci ewangeliczni inwestorzy uczą nas, że zawsze będziemy coś ryzykować i zawsze będziemy podejmować decyzje w warunkach niepewności. Zawsze będziemy w coś inwestować. A Jezus ich, a także nas, uspokaja: zaryzykowaliście wiele, a nawet wszystko, ale wasz zysk będzie stukrotny (dzisiaj to oznaczałoby niemal 10 000% stopy zwrotu, jednak sto jest użyte w przenośni – oznacza niepoliczalnie wiele). Zgadza się to z prawidłami finansów – wysokie ryzyko jest nagradzane wysoką premią. W tym przypadku najwyższą z możliwych.

Słownik pojęć:

Aktywa – zasoby majątkowe, np. gotówka, papiery wartościowe, maszyny, oprogramowanie komputerowe. W przedsiębiorstwach wykorzystywane są w procesie produkcji.

Inwestor – osoba przeprowadzająca inwestycję.

Inwestycja – przedsięwzięcie mające na celu powiększenie zasobów majątkowych.

Kapitał – aktywa finansowe (gotówka, środki na rachunku bankowym).

Stopa zwrotu – najczęściej wyrażony w procentach stosunek zysku do nakładów, np. zainwestowano 100 i zysk na inwestycji wyniósł 20. Stopa zwrotu w tym przypadku wynosi 20%.

Zysk – nadwyżka przychodów nad kosztami.

 

wody strachu

Popłynęliśmy sami. Tak chciał. Sam poszedł pogadać z ojcem. Często szedł gdzieś na bok, potrzebował być sam. No nic. Myśmy wsiedli do łodzi. Miejsca było sporo. Jestem strachliwy, więc siadam z tyłu, by nie czuć bujania. Jest ciemno, nie jest przyjemnie. To nie jest wycieczka po kanałach Wenecji ani tym bardziej kajakowa wyprawa na mazurskich szlakach w piękne słoneczne lato. Niewiele widać. Poza tym wieje. Buja bardziej niż zwykle. Oby ta noc skończyła się jak najszybciej. Uświadomiłem sobie, że tak właściwie to zawsze się czegoś bałem. Jakiś wewnętrzny lęk paraliżował mnie co jakiś czas. Dobrze, że nie ma burzy, bo chyba bym umarł ze strachu. Woda w nocy. Nie widzę jej, ale wiem, że jest niebezpieczna. Słyszę jej chlupot. Unoszę się na wodach strachu. W jej czarnej tafli odbijają się wszystkie moje lęki. Czuję jak woda podchodzi mi do gardła… ale nie, spokojnie, siedzę ciągle w łodzi. To wszystko to moja wyobraźnia. Potrafię sobie nawyobrażać znacznie więcej od tego, jak jest naprawdę. Grzesiu dwa dni temu napisał: „To on (lęk), doprowadza do tego, że nie robię dobra, które mógłbym zrobić.”. Wiem, że lęk zamyka mnie w sobie. Żeby czuć się bezpiecznie wolę nie wychylać się poza czubek własnego nosa. Stracić życie? Ba! Stracić twarz! To jest dopiero strach. Lepiej nie robić nic.

 

Ktoś krzyknął!

 

Mój strach z wyobraźni przeszedł w rzeczywistość. Serce zaczęło mi walić z częstotliwością, której nie powstydziłby się żaden koliber. Co się stało? Skąd ten wrzask? Wszyscy się poruszyli. Rozglądałem się wokoło, aż w końcu zobaczyłem coś na wodzie, niedaleko naszej łodzi. Zbliżało się w naszym kierunku. Śmierć! Byłem przekonany, że umrzemy. Zawsze jak dzieje się coś niepokojącego i przy tym nie można tego zidentyfikować to widzę śmierć. Nigdy nie byłem na wojnie i nigdy się ze śmiercią nie mierzyłem, ale wiem co czuł William Wharton, gdy pisał: „Odkryłem, że bardziej niż inni boję się rzeczy, na które nic nie mogę poradzić – na przykład ognia artylerii. Byle wypierdek, gnojek, który każdemu boi się spojrzeć w oczy, którego mógłbym ręką zmieść z powierzchni ziemi, potrafi siedzieć sobie spokojnie pod ogniem w okopie, gdzie z obu ścian sypie mu się na łeb, i zajadać batony albo opowiadać dowcipy. Tacy też się boją, pewnie, ale potrafią z tym żyć. Chciałbym bać się godnie, ale nie wiem jak. Przeszywa mnie głęboki aż do kości strach, że zostanę zmiażdżony. Na tysiąc różnych sposobów widzę krew, moją własną krew. Kładzie mnie pierdolona miłość do własnego ciała. Dochodzi do tego, że się boję, że będę się bał. Boję się, że za którymś razem po prostu zacznę wiać, i wszelką siłą zmuszam się do pozostania w miejscu, nawet jeżeli nic się nie dzieje. Wszyscy się pomału dowiadują, że ze mnie twardy makaroniarz, tyle, że bez jaj.” Z tamtej strony łodzi, gdzie zobaczyliśmy coś nieokreślonego odezwał się głos.

 

To był on!

 

Nie mieściło mi się to w głowie. Przecież za chwilę miałem umrzeć. Nasz samolot miał się roztrzaskać, nasz samochód właśnie miał wypaść z trasy, a na tym polu miał uderzyć w nas piorun. A to był on. Piotrek przeszedł samego siebie. Zaczął wychodzić z łodzi. Skoro to był on, to chciał do niego pójść. Widziałem jak szedł po tej tafli. Zresztą jego tafla była równie ciemna jak moja. Piotrka też nie opuszczały różne lęki. Mało o nich mówił. Mało kto potrafi mówić o swoich wewnętrznych straszydłach. Przyznać się do lęków, to przyznać się do słabości. Nie lubimy być słabi, a przecież tacy jesteśmy. Lepiej udać, że wszystko jest w porządku. Widziałem jak Piotrek idzie do niego, ale nie po wodzie, ale po wszystkich ciemnych stronach swojego życia. Panował nad tym wszystkim. Piotrek trzymał się prosto dopóki patrzył na niego. Zaczęło wiać. Nagle spojrzał w dół, na wodę pod stopami, zwolnił. Zobaczył siebie w mrocznym odbiciu nicości, zobaczył całą swą słabość i małość. Dał się przekonać, że jego prawdziwym obliczem jest ciemność, strach, słabość, śmierć, zupełne nieistnienie. Nie trzeba było długo czekać – zaczął tonąć. Piotrek został szybko chwycony przez niego za rękę. Po chwili razem weszli do łodzi. Zrobiło się spokojnie. Spojrzałem na niego i powiedziałem mu w myślach: „pozwól mi przyjść do siebie po tej wodzie, wiesz, nie miałem odwagi wyjść z łodzi, ja się po prostu bałem…”. Jestem przekonany, że mnie usłyszał.

 

 

Mateusz napisał:

 

Zaraz potem polecił swoim uczniom, aby wsiedli do łodzi i przeprawili się przed Nim na drugi brzeg. On tymczasem miał odprawić tłum. Kiedy ludzie się rozeszli, wyszedł na górę, aby się modlić w samotności. Zapadł wieczór, a On sam tam przebywał. Tymczasem łódź oddaliła się już kilkaset metrów od brzegu od brzegu. Fale nią miotały, gdyż wiatr wiał z przeciwnej strony. O czwartej straży nocnej przyszedł więc do nich po jeziorze, a gdy uczniowie zobaczyli Go idącego po jeziorze, przestraszyli się i mówili: „To jakaś zjawa!” I ze strachu zaczęli krzyczeć. Wtedy Jezus natychmiast przemówił: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się!”. Piotr więc rzekł: „Panie! Jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do Ciebie po wodzie”. A On odpowiedział: „Chodź!”. Piotr wyszedł z łodzi i po jeziorze przyszedł do Jezusa. Gdy zauważył, że wieje silny wiatr, przeraził się i zaczął tonąć. Wtedy krzyknął: „Panie! Ratuj!”. Jezus zaraz wyciągnął rękę i chwycił go. Powiedział mu: „Człowieku małej wiary! Dlaczego zwątpiłeś?”. Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, oddali Mu hołd i wyznali: „Ty naprawdę jesteś Synem Bożym”. (14,22-33)

głodny

Chciał odpłynąć tam, gdzie nie było nikogo, ale gdy wysiadł z łodzi znów ich wszystkich zobaczył. Może chciał odpocząć, porozmawiać sam na sam z Ojcem, obgadać z Nim kilka ważnych spraw? Nie wiem. Okoliczności do tego, by się wkurzyć i kazać, by sobie poszli, były odpowiednie. Zrobił inaczej niż myślałem. Podszedł do nich i zaczął leczyć. Trochę czasu mu to zajęło. Byliśmy już tym wszystkimi zmęczeni. Zaczęło nam burczeć w brzuchach. Nieważne, że nikt nie narzekał. Wszyscy byli zafascynowani tym, co robił. Myśmy już do tego przywykli. Naprawdę nie myślą o jedzeniu? Pięć chlebów i dwie ryby – kilkanaście osób może się względnie tą porcją najeść, ale na pewno nie kilka tysięcy. Przecież nie powiemy Mu, że jesteśmy głodni. Pójść na bok i wszamać to, cośmy tu mieli? Bez sensu. Głupio później wyjdzie. I tak się dowie. No, ale przecież ten tłum też w końcu zgłodnieje. Tak, oni na pewno już są głodni, tylko nie chcą nam tego powiedzieć. Tak, niech im każe sobie wrócić. Będzie spokój, w końcu wciągniemy po kanapce i rozciągniemy się na ziemi. Idziemy do Niego. Tekst mamy dobry, na pewno zrobi jak chcemy.

Co? My mamy dać im jeść?

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Pokazaliśmy Mu to, co żeśmy ze sobą mieli. Jak to zobaczy – pomyślałem sobie – to chyba zrozumie. Ale nie. Każe wszystkim siadać. Wziął od nas chleb z rybami. Popatrzył w górę i zaczął mówić do swego Ojca. Zawsze tak robił, gdy coś ważnego miało się wydarzyć. Patrzyłem i czekałem. Jak skończył, zawołał nas do siebie. Zaczął dzielić chleb, dawał nam i powiedział, żebyśmy zanieśli ludziom. Byłem totalnie zdezorientowany. Robiłem co mi kazał. Poszedłem między ludzi. Patrzyli na mnie i mi dziękowali. Niektórzy się do mnie uśmiechali. Jakaś starsza kobieta z wdzięczności wrzuciła mi kilka monet do kieszeni. Usłyszałem tyle dobrych słów. Dlaczego dziękują mi? Przecież nic nie zrobiłem! Ten chleb. Ta ryba. Przecież nasz pomysł na ten wieczór był zupełnie inny. Po raz kolejny rozczarowałem się sobą. Byliśmy głodni. Wiedział, na pewno wiedział, że nie powiedzieliśmy Mu prawdy, że tak naprawdę kiszki w brzuchu przekręcały się nam, nie im. To nas powinien wysłać do miasta i się z nami pożegnać na jakiś czas. Może na zawsze. Nie, On tak nie potrafi. Wykorzystuje każdą sytuację, by nas czegoś nowego nauczyć. Po tym wszystkim w końcu się wszyscy rozeszli do domów, sami. Siedziałem na kamieniu. Było cicho. Noc była ciepła. Patrzyłem z daleko na Niego. Spał. Ja nie mogłem zasnąć. Po prostu nie mogłem przestać myśleć.

 

Mateusz napisał:

Gdy Jezus to usłyszał, odpłynął stamtąd łodzią na miejsce niezamieszkałe. Tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim.
Kiedy wysiadł z łodzi, zobaczył wielką rzeszę ludzi. Ulitował się nad nimi i uzdrowił ich.

Wieczorem podeszli do Niego uczniowie i rzekli: „Miejsce to jest odludne i jest już późno. Odeślij ludzi do wsi, aby kupili sobie żywności”.
Lecz Jezus odpowiedział: „Nie muszą odchodzić. Wy dajcie im jeść!”
A oni na to: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby”.
Wtedy On polecił: „Przynieście Mi je tutaj!”.

I rozkazał ludziom usiąść na trawie. Wziął pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówił modlitwę uwielbienia. Potem łamał chleby i dawał uczniom, a oni ludziom.
Wszyscy jedli do syta, a zebranymi resztkami napełniono dwanaście koszy.
Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

(Mt 14,13-21)