można odetchnąć

Teraz na myśl, że powinienem zabrać się do robienia porządków (bo zbliża się dzień mojego wyjazdu), ogarnia mnie niechęć i bezgraniczne zmęczenie. Szczerze mówiąc, ilekroć mieszkam w hotelu – co zdarza mi się często – lubię, żeby w pokoju panował bałagan, ponieważ stwarza on wrażenie jakiegoś życia, jest namiastką intymności i ciepła, jest dowodem (co prawda złudnym, ale jednak), że tak obce i nieprzytulne miejsce, jakim jest z natury każdy pokój w hotelu, zostało choćby częściowo pokonane i oswojone. W pokoju pedantycznie wysprzątanym czuję się drętwo i samotnie, uwierają mnie wszystkie linie proste, kanty mebli, płaszczyzny ścian, razi cala ta obojętna i sztywna geometria, całe to mozolne i skrupulatne uszykowanie, które istnieje jakby samo dla siebie, bez śladu naszej obecności. Na szczęście już po kilku godzinach pobytu, pod wpływem moich działań (zresztą nieświadomych, wynikających z pośpiechu lub lenistwa), cały zastany porządek rozsypuje się i przepada, wszystkie rzeczy nabierają życia, zaczynają przenosić się z miejsca na miejsce, wchodzić w coraz to nowe układy i związki, robi się ciasno i barokowo, a tym samym bardziej życzliwie i swojsko. Można odetchnąć i rozluźnić się wewnętrznie.

Ryszard Kapuściński, Szachinszach, Warszawa 2006.

zanim otworzysz Biblię

Pierwsza podstawowa rzecz. Zanim otworzysz Biblię zastanów się w jakim celu to robisz. Czy jej słowami chcesz się modlić? Próbujesz zrozumieć teksty biblijne i badasz je? Jesteś filologiem, literaturoznawcą czy historykiem i chcesz przeanalizować jeden ze starożytnych tekstów? A może jesteś lektorem czytającym Słowo Boże na liturgii?

To w jakim celu otwieramy Biblię, naprawdę ma znaczenie. Wtedy pewne sposoby czytania odchodzą na drugi, trzeci i kolejny plan. Czasem samo zdanie sobie sprawy z tego jakimi zasadami rządzą się pewne metody czytania pozwala rozwiązać wiele problemów, jak się okazuje natury technicznej. Weźmy chociażby modlitwę za pomocą Biblii. Lubię nazywać tego typu czytanie Biblii „odwróconą lekturą”. Podczas medytacji poprzez czytanie słów Biblii następuje zamiana ról – to słowa zawarte w Biblii zaczynają czytać moje życie. Pytanie, które słyszę, uczucia, które się we mnie zaczynają rodzić, proces myślowy, który zostaje uruchomiony za pomocą słów w Biblii, a który dotyka historii mojego życia, moich pragnień, moich potrzeb, moich radości i moich bólów, to nic innego jak reinterpretacja mojej osoby za pomocą biblijnych słów. Wtedy już nie ja czytam Biblię, ale Biblia zaczyna czytać mnie. W ten sposób księgi te stają się żywe, Słowo Boże zaczyna mówić, zaczyna zmieniać mój sposób myślenia.

Zupełnie inaczej ma się sprawa, kiedy zaczynam analizować tekst biblijny pod kątem lingwistycznym czy historycznym – wtedy ja stawiam pytania tekstowi, dlaczego w taki, a nie inny sposób, zostały wyrażone pewne sprawy, dlaczego przyjęły taką formę literacką, jaka była historia redagowania tekstów, w jaki sposób wspólnota wierzących (Żydów, czy później chrześcijan) adaptowała teksty na własny użytek? I standardowe pytanie szkolne: co autor miał na myśli?

W jeszcze inny sposób czyta się Biblię podczas liturgii – Eucharystii, pogrzebu, chrztu. Słowa Biblii odnosimy wtedy nie tylko do siebie, ale do całej wspólnoty. Interpretacja Słowa Bożego jest już przygotowana przez Kościół (przez wybranie konkretnych fragmentów, przez odpowiednie ich zestawienie ze sobą oraz przez język łaciński, który jest oficjalnym językiem interpretującym tekst biblijny na użytek liturgii). Dla mnie osobiście jest to przepiękny fenomen – wspólne słuchanie słów sprzed kilku tysięcy lat. Ciary. Stajemy naprzeciwko tych tekstów tak jak pokolenia przed nami – jako nowe pokolenie przeglądamy się w tym lustrze jak nasi ojcowie. Myślę, że obok techniki czy medycyny, jest to jeden z najwyższych przejawów rozwoju cywilizacyjnego człowieka. Poza tym liturgia ożywia słowa Biblii w sposób wyjątkowy – pozwala nam wziąć udział w życiu Jezusa. Choć język liturgii jest stary i dziś mało zrozumiały, to właśnie to jest jego celem – ma ułatwić nam życie życiem Jezusa. Nie może się to obyć bez słuchania Jego słów.

Wszystkie sposoby czytania Biblii uzupełniają się – bez rozumienia tekstu na modlitwie możemy zamiast Boga, poznać Jego karykaturę, a bez wspólnego jej czytania na liturgii, łatwo sprywatyzujemy naszą wiarę i wewnętrznie zaczniemy opuszczać wspólnotę.

Jeszcze kilka krótkich uwag:

  1. Słowo Boże jest też słowem człowieka.

Choć wiedza na temat tekstów biblijnych wzrasta, wciąż gorszymi się wieloma fragmentami. Raz, że Bóg prowadzi wojny, nakazuje mordować i niszczyć. Innym razem, że kobiety nie miały łatwo, że niewolnictwo nie było wyraźnie potępiane, a mężczyźni nie tylko, że mieli po kilka żona, ale i korzystali z usług prostytutek, itp. W osobistej lekturze trzeba pamiętać o tym, że zanim potraktujemy nasz tekst jako Słowo Boga, najpierw trzeba je potraktować jako słowo człowieka. To znaczy, że jest niezwykle kruche. Sam tekst zawiera w sobie wiele niedomówień, nie wszystko jest wyjaśnione w taki sposób, w jaki byśmy chcieli. Zdarzają się również drobne błędy natury gramatycznej, filologicznej czy syntaktycznej. Bóg mówił w historii. To jest pewne. Inną sprawą jest to, w jaki sposób ludzie potrafili to zapisać. Nasz język jest tak samo słaby jak my sami, więc zanim oskarżymy Boga o to, co mówi, najpierw zastanówmy się czego dokładnie doświadczył piszący te słowa człowiek.

  1. Biblia to nie księga, to zbiór wielu ksiąg

Czy słyszeliście o czymś takim jak gatunki literackie? Wiecie co to powieść, zagadka, kronika, pieśń, dokument prawny czy przypowieść. W Biblii mamy masę gatunków literackich. To znaczy, że poszczególne teksty musimy odbierać nieco inaczej. Uchroni nas to przed dosłownym rozumieniem czegoś co nie ma być zrozumiane dosłownie. Jak ważne jest rozróżnienie gatunków, zróbcie sobie eksperyment: włączcie radio i spróbujcie „naukowo” podejść do tekstów, które słyszycie w piosenkach. Jeśli słyszymy słowa piosenki Franka Sinatry „Take me to the moon”: „pozwól mi zobaczyć jak wygląda wiosna na Marsie czy Jowiszy” to czy dosłownie rozumiemy te słowa? Przecież dobrze wiemy, że nikt nigdy nie był na Marsie ani Jowiszu, już nie mówiąc o tym, że wiosna jest fenomenem typowo ziemskim w naszym układzie słonecznym. A kiedy w tej samej piosence słyszymy „wypełnij moje serce piosenką” to czy staje nam przed oczami kardiochirurg wszywający w organ sercowy piosenkarza miniaturowy odtwarzać muzyczny? Czy czujemy jak głupi jest to sposób „czytania” piosenek? Wszystko staje się jasne w refrenie tej piosenki: „Innymi słowy, potrzymaj mnie za rękę… pocałuj mnie, kochanie.” Ten Mars i Jowisz i ta piosenka w sercu to nic innego jak metafora prośby o byciu blisko ukochanej osoby. Choć porównania zawsze mają wiele słabych punktów, to jednak w tym przypadku podobnie jest w Biblii – znajdziemy wiele metafor, pieśni, hymnów – już nie potrafimy ich dziś czytać ze zrozumieniem, potrzeba czasu i żmudnej pracy nad rozszyfrowaniem znaczenia czytanych wyrażeń i całych kompozycji.

  1. Biblia to nie rozprawka naukowa

Choć niejedną rozprawkę naukową na temat Biblii możemy napisać, a w różnych ośrodkach naukowych świata jedne z bardziej elitarnych studiów to studia biblijne (każdy prawdziwy biblista, który na poważnie chce studiować teksty biblijne, musi być po części filologiem, teologiem, archeologiem, geografem, filozofem, historykiem, podróżnikiem, kulturoznawcą, religioznawcą, literaturoznawcą…) to jednak sama Biblia naukową rozprawką nie jest. Tony papieru i litry atramentu zużyto na dyskusje wokół napięcia jakie ma rodzić zestawienie Biblii z naukowymi teoriami. Skrajni zwolennicy tego, że Bóg stworzył świat w siedem dni ze skrajnymi zwolennikami ewolucji Darwina o mało się nie pozabijali. Problem rozwiązuje punkt drugi naszej wyliczanki. I na tym na razie skończę, ponieważ temat jest szeroki.

  1. Biblia to nie księga magicznych zaklęć

Choć stwierdzenie to może wywołać lekki uśmiech na twarzy, to ma pokrycie w rzeczywistości. Czasem słowa w Biblii traktowane są jako pełne magii, mające jakąś nadprzyrodzoną moc osądzania rzeczywistości, przede wszystkim innego człowieka. Niektórzy sądzą, że słowa Biblii mogą w magiczny sposób zmienić nasze życie oraz cały świat. Magiczny sposób myślenia wśród chrześcijan jest tematem dość szerokim i znacznie wykracza poza karty Biblii i wkrada się do liturgii oraz osobistego przeżywania. Ten temat jest równie szeroki jak punkt 4. W tym wypadku wróciłbym do wstępu tego wpisu, do „odwróconego czytania”. Żadnej magii nie ma, jest jedynie proces zmiany myślenia pod wpływem tekstów biblijnych, proces zbliżania się do prawdy, który owocuje konkretnymi naszymi decyzjami w życiu.

  1. Biblia to nie autorytet w podpieraniu każdej opinii

Trzeba to sobie jasno powiedzieć. W Biblii jest tak wiele niedopowiedzeń, wiele spraw jest tajemniczych (tajemniczy, nie znaczy magiczny – patrz punkt 5.) i wiele sformułowań niejasnych, że słowami Biblii możemy podeprzeć się broniąc nawet najdziwniejszych teorii, chociażby o istnieniu kosmitów (bez kitu, wpiszcie sobie w wyszukiwarkę internetową: kosmici w Biblii). Jak ważna jest Biblia w naszym kręgu cywilizacji niech powie za siebie sam fakt, że właściwie wszyscy na jej autorytecie próbowali i próbują przekonać do swoich racji: tradycjonaliści, liberaliści, komuniści, kapitaliści, ekolodzy, skrajne ruchy nacjonalistyczne, LGBTQ, polityczne, feministyczne, oraz wiele innych.

  1. Bóg nie jest książką

W sensie, że Biblia nie zaklęła całego Boga w słowach. Bóg jest znacznie, znaczenie, znacznie większy od tego, co czytamy o Nim w Biblii. Tu też mamy pewien odwrotny proces – słowa, które mają swoją „ostrość” (czyli opisują konkretną część naszej rzeczywistości) – zamiast zamykać, otwierają. Zarówno porządkują nasze myślenie o Bogu, jak i otwierają rzeczywistość na doświadczenie tego Boga. Papież Franciszek w „Evangelii Gaudium” napisał: „Rzeczywistość jest ważniejsza od idei”. Słowo Boże to nie idea o Bogu (choć na podstawie Biblii wiele takich idei zbudowano). Jeśli ma być żywe, to nie może ono funkcjonować w teorii, musi ono żyć w nas. Spisanych świadectw działania Boga, a przede wszystkim Jego Syna, Jezusa z Nazaretu, mamy w historii tak mało (co to są 72 księgi plus trochę apokryfów w porównaniu z kilkusettysięczną historią człowieka, czy nawet tym wszystkim co mamy obecnie w Internecie), że te księgi są dla nas bezcenną skarbnicą. Właśnie dlatego Biblię badamy, czytamy, okadzamy, całujemy, dekorujemy, medytujemy, rozważamy, tłumaczymy…

Dla mnie przestrogą w pochopnym czytaniu Biblii są słowa z Drugiego Listu Św. Piotra (3,16), gdzie autor tego listu, pisząc o listach św. Pawła przestrzega:

Są w nich jednak pewne rzezy trudne do zrozumienia, które – podobnie jak inne Pisma – ludzie niedouczeni i słabej wiary przekręcają na własną zgubę.

Boże, daj nam „tłumaczy”!

Wróciłem do adhortacji Franciszka „Evangelii Gaudium”. Tekst długi, ale warto było znów go przeczytać. Moją uwagę znów przykuły słowa o „języku” jakim posługujemy się w mówieniu o Bogu. Pamiętam, że jak pierwszy raz przeczytałem ten fragment to tak się wzruszyłem, że z radości omal się nie popłakałem. Ciary. Nie mogłem uwierzyć w to, że przeczytam w papieskim dokumencie dokładnie o tym, o czym od dawna myślę i z czym nie potrafię sobie poradzić.

Od dawna uważam, że jednym z podstawowych problemów współczesnego Kościoła jest język, którym się posługuje.­ Język to dla mnie coś znacznie szerszego niż tylko słowa, gramatyka i semiotyka. To między innym sposób zachowania, działania, cała liturgia, a nawet ubierania się, czy nawet projektowanie okładki gazetki parafialnej lub formułowanie ogłoszeń duszpasterskich na mszy. Choć dużo ważniejsza od formy jest treść, to bez formy żadna treść nie zostanie właściwie zrozumiana.

Franciszek czuje to bardzo dobrze i wie, że problem nie jest błahy, dlatego pisze: „Niekiedy wierni słuchając języka ściśle ortodoksyjnego, wynoszą coś całkowicie obcego autentycznej Ewangelii Jezusa Chrystusa, ze względu na język przez nich używany i rozumiany. Mając święty zamiar przekazania im prawdy o Bogu i człowieku, przekazujemy im w pewnych sytuacjach fałszywego boga lub ideał ludzki, który naprawdę nie jest chrześcijański”. Przesadne trzymanie się starego „języka” (starych form wyrazu) zamienia Kościół w „obiekt muzealny albo własność niewielu”.

Jak uporać się z tym problemem? Pytanie to chodzi mi po głowie już od kilku lat i do tej pory nie znalazłem satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Dobrą intuicją są słowa Franciszka: „Jeśli chcemy się dostosować do języka innych ludzi, by możliwe było dotarcie do nich ze Słowem, trzeba wiele słuchać, trzeba dzielić życie z ludźmi i bacznie zwracać na nich uwagę”.

2000 lat historii Kościoła jest dla nas jednocześnie ogromnym bogactwem i przekleństwem. Myślę, że tak jak tłumaczy się książkę z jednego języka na drugi, język jednej kultury na drugi, tak samo do przetłumaczenia jest język naszych Ojców na nasz współczesny. Bóg mówi dziś – tego tłumaczyć nie trzeba, tu trzeba się uczyć słuchania. Ale Bóg nie zaczął mówić dziś, On mówi do ludzi już od kilku tysięcy lat. I tu trzeba nam często tłumacza.

To taki mój mały komentarz do jednej myśli. W adhortacji oczywiście poruszanych jest dużo więcej, nieraz ważniejszych, spraw.

Poniżej „lapidarium”, czyli wyciągnięte z tekstu te fragmenty, który przykuły moją uwagę (w nawiasach podane numery, pod którymi znajdziemy je w adhortacji):

 

Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem; to nas męczy proszenie Go o miłosierdzie. (3)

[…] społeczeństwo technologiczne zdołało pomnożyć okazje do przyjemności, lecz nie przychodzi mu łatwo doprowadzić do radości. (7)

Wszyscy mają prawo przyjąć Ewangelię. (14)

Kościół nie rośnie przez prozelityzm, ale «przez przyciąganie» (14)

Nie uważam także, że należy oczekiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest stosowne, żeby Papież zastępował lokalne episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej «decentralizacji». (16)

Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj dokumenty nie budzą takiego zainteresowania jak w innych czasach i szybko się o nich zapomina. (25)

Bądźmy we wszystkich regionach ziemi w «permanentnym stanie misji». (25)

Biskup powinien zawsze budzić komunię misyjną w swoim Kościele diecezjalnym, dążąc do ideału pierwszych wspólnot chrześcijańskich, gdzie wierzących ożywiały jedno serce i jeden duch (por. Dz 4, 32). Dlatego niekiedy stanie z przodu, aby wskazać drogę i podtrzymać nadzieję ludu, innym razem zwyczajnie stanie pośród wszystkich ze swą prostą i miłosierną bliskością, a w pewnych okolicznościach powinien iść za ludem, aby pomóc tym, którzy zostali z tyłu, a przede wszystkim dlatego, że sama owczarnia ma swój węch, aby rozpoznać nowe drogi. (31)

Ponieważ jestem wezwany, by żyć tym, o co proszę innych, muszę również myśleć o nawróceniu papiestwa. (32)

Papież Jan Paweł II poprosił o pomoc w znalezieniu «takiej formy sprawowania prymatu, która nie odrzucając bynajmniej istotnych elementów tej misji, byłaby otwarta na nową sytuację». Niewiele poczyniliśmy w tym kierunku. (32)

Przesadna centralizacja zamiast pomagać, komplikuje życie Kościoła oraz jego dynamizm misyjny. (32)

Duszpasterstwo w kluczu misyjnym wymaga rezygnacji z wygodnego kryterium duszpasterskiego, że «zawsze się tak robiło». Zachęcam wszystkich do śmiałości i kreatywności […]. (33)

Jednocześnie olbrzymie i szybkie zmiany kulturowe wymagają, abyśmy nieustannie zwracali uwagę na to, by starać się wyrażać odwieczne prawdy w języku pozwalającym dostrzec ich nieustanną nowość, ponieważ w depozycie nauki chrześcijańskiej „czym innym jest istota […] a czym innym jest sposób jej wyrażania”. Niekiedy wierni słuchając języka ściśle ortodoksyjnego, wynoszą coś całkowicie obcego autentycznej Ewangelii Jezusa Chrystusa, ze względu na język przez nich używany i rozumiany. Mając święty zamiar przekazania im prawdy o Bogu i człowieku, przekazujemy im w pewnych sytuacjach fałszywego boga lub ideał ludzki, który naprawdę nie jest chrześcijański. W ten sposób pozostajemy wierni jakiemuś sformułowaniu, ale nie przekazujemy istoty rzeczy. To jest najpoważniejsze ryzyko. Pamiętajmy, że «wyrażanie prawdy może przybierać różne formy. Właśnie odnowa form wyrazu staje się konieczna, aby można było przekazywać współczesnemu człowiekowi ewangeliczne orędzie w jego niezmiennym sensie». (41)

Podobnie istnieją normy lub przykazania kościelne, które mogły być bardzo skuteczne w innych epokach, ale które nie mają już tej samej siły wychowawczej jako drogi życia. Św. Tomasz z Akwinu podkreślał, że przykazania dane ludowi Bożemu przez Chrystusa i przez Apostołów «są bardzo nieliczne». Cytując św. Augustyna, zauważał, że w przykazaniach dodanych później przez Kościół należy przestrzegać umiaru, «aby życie wiernych nie stało się zbyt uciążliwe» oraz aby nie przemienić naszej religii w niewolę, skoro «miłosierdzie Boże chciało ją mieć wolną». (43)

Kapłanom przypominam, że konfesjonał nie powinien być salą tortur, ale miejscem miłosierdzia Pana, zachęcającego nas do czynienia możliwego dobra. (44)

Eucharystia, chociaż stanowi pełnię życia sakramentalnego, nie jest nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym

lekarstwem i pokarmem dla słabych. (47)

Często zachowujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jak ci, którzy ją przekazują. Kościół jednak nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem. (47)

[…] wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody kurczowego przywiązania do własnego bezpieczeństwa. Nie chcę Kościoła zatroskanego o to, by stanowić centrum, który w końcu zamyka się w gąszczu obsesji i procedur. Jeśli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech będzie to fakt, że tylu naszych braci żyje pozbawionych siły, światła i pociechy wypływającej z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia. Mam nadzieję, że bardziej od lęku przed pomyłką kierować się będziemy lękiem przed zamknięciem się w strukturach dostarczających nam fałszywej ochrony, lękiem przed przepisami, które czynią z nas nieubłaganych sędziów, lękiem przed przyzwyczajeniami, dzięki którym czujemy się spokojni, podczas gdy obok nas znajduje się zgłodniała rzesza ludzi, a Jezus powtarza nam bez przerwy: «Wy dajcie im jeść!» (Mk 6, 37). (49)

Nie jest zadaniem papieża przedstawianie szczegółowej i wyczerpującej analizy współczesnej rzeczywistości, ale zachęcam wszystkie wspólnoty, aby zachowały «zawsze uważną zdolność do badania znaków czasu». (51)

Pieniądz powinien służyć, a nie rządzić! (58)

Jednocześnie życie duchowe myli się z niektórymi wydarzeniami religijnymi przynoszącymi pewną ulgę, ale nie prowadzącymi do spotkania z innymi, do zaangażowania w świecie, do pasji ewangelizowania. (78)

Dzisiejsze gorączkowe pragnienie osiągnięcia natychmiastowych wyników sprawia, że pracujący w duszpasterstwie nie tolerują łatwo poczucia jakiegoś sprzeciwu, widocznej porażki, krytyki, krzyża. (82)

Syn Boży przez swoje wcielenie zachęcił nas do rewolucji czułości. (88)

U niektórych zauważa się ostentacyjną troskę o liturgię, o doktrynę i prestiż Kościoła, ale nie przejmują się

oni rzeczywistym wprowadzeniem Ewangelii w życie Ludu Bożego i w konkretne potrzeby dziejowe. W ten sposób życie Kościoła zamienia się w obiekt muzealny albo własność niewielu. (95)

Ileż wojen w obrębie Ludu Bożego i w różnych wspólnotach! (98)

Nie możemy rościć sobie prawa, aby wszystkie ludy na wszystkich kontynentach, wyrażając wiarę

chrześcijańską, naśladowały formy przyjęte przez ludy europejskie w określonym momencie historii, ponieważ wiary nie można zamknąć w obrębie rozumienia i wyrażania właściwego dla jakiejś specyficznej kultury. Jest bezsprzeczne, że jedna kultura nie wyczerpuje tajemnicy odkupienia Chrystusa. (118)

We wszystkich ochrzczonych, od pierwszego do ostatniego, działa uświęcająca moc Ducha, pobudzająca do ewangelizowania. Lud Boży jest święty dzięki temu namaszczeniu, które czyni go nieomylnym «in credendo» . Oznacza to, że kiedy wierzy, nie błądzi, nawet jeśli nie znajduje słów do wyrażenia swojej wiary. Duch prowadzi go w prawdzie i pociąga do zbawienia96. Częścią tajemnicy Jego miłości do ludzi jest to, że Bóg obdarza ogół wiernych zmysłem wiary – sensus fidei – który pomaga im w rozeznawaniu tego, co rzeczywiście

pochodzi od Boga. Obecność Ducha zapewnia chrześcijanom swego rodzaju zespolenie z rzeczywistością Bożą oraz mądrość, która pozwala im pojmować tę rzeczywistość intuicyjnie, nawet jeśli nie dysponują odpowiednimi narzędziami, by ją wyrazić precyzyjnie. (119)

Homilia […]powinna być krótka i powinna unikać sprawiania wrażenia, że jest jakąś konferencją lub lekcją. (138)

Dialog […]realizuje się dzięki przyjemności rozmawiania (142)

Kaznodzieja, który się nie przygotowuje, nie jest «duchowy», jest nieuczciwy i nieodpowiedzialny wobec otrzymanych darów. (145)

O homilii: „Przypomnijmy, że nigdy nie trzeba odpowiadać na pytania, których nikt sobie nie stawia. Nie jest także stosowne przedstawianie przeglądu aktualności, aby wzbudzić zainteresowanie: od tego są już

programy telewizyjne. […]czasem pewne osoby z przyjemnością słuchają komentarzy na temat rzeczywistości, ale kwestionują, że odnoszą się do nich samych. (155)

Często kaznodzieje posługują się słowami, których się nauczyli podczas studiów i w określonych środowiskach, ale które nie należą do zwykłego języka słuchających ich osób. Istnieją słowa właściwe teologii lub katechezie, których sens nie jest zrozumiały dla większości chrześcijan. Największym zagrożeniem dla kaznodziei jest przyzwyczajenie się do swojego języka i uważanie, że wszyscy inni spontanicznie się nim posługują i rozumieją go. Jeśli chcemy się dostosować do języka innych ludzi, by możliwe było dotarcie do nich ze Słowem, trzeba wiele słuchać, trzeba dzielić życie z ludźmi i bacznie zwracać na nich uwagę. Prostota i jasność to dwie różne rzeczy. Język może być bardzo prosty, ale kazanie może być niejasne. Może być niezrozumiałe ze względu na chaotyczność, brak logiki albo ponieważ jednocześnie podejmuje różne tematy. Dlatego innym niezbędnym zadaniem jest sprawienie, aby kazanie miało jedność tematyczną, jasny porządek i powiązanie między zdaniami, aby osoby mogły łatwo podążać za kaznodzieją i pojąć logikę jego wywodu. (158)

Ten, kto towarzyszy, umie uznać, że sytuacja każdego człowieka przed Bogiem i własnym życiem łaski stanowi tajemnicę, której nikt nie może w pełni poznać, patrząc z zewnątrz. (172)

Kochamy tę wspaniałą planetę, na której umieścił nas Bóg, i kochamy zamieszkującą ją ludzkość ze wszystkimi jej dramatami i zmęczeniem, z jej pragnieniami i nadziejami, z jej wartościami i jej kruchością. Ziemia jest naszym wspólnym domem i wszyscy jesteśmy braćmi. (183)

[…] jest dla nas skandalem fakt, że istnieje żywność wystarczająca dla wszystkich i że głód jest wynikiem złej dystrybucji dóbr i dochodów. Problem staje się poważniejszy w kontekście powszechnego marnotrawstwa». (191)

O ubogich w Ewangelii: „Jest to orędzie tak jasne, tak bezpośrednie, tak proste i wymowne, że żadna kościelna hermeneutyka nie ma prawa go relatywizować. Refleksja Kościoła nad tymi tekstami nie powinna ich zaciemniać lub osłabiać ich zachęcającego znaczenia, ale raczej pomóc, aby odważnie i z zapałem przyjąć je za swoje. Dlaczego komplikować to, co jest tak proste? Aparaty pojęciowe istnieją po to, by ułatwiać kontakt z rzeczywistością, którą chcemy wyjaśnić, a nie po to, aby się od niej oddalić. Odnosi się to przede wszystkim do wezwań biblijnych, zachęcających z taką determinacją do miłości braterskiej, do pokornej i ofiarnej służby, do sprawiedliwości, do miłosierdzia względem ubogiego. Jezus ukazał nam tę drogę uznania drugiego człowieka swoimi słowami i gestami. Dlaczego zaciemniać to, co jest tak jasne?” (194)

Dlatego pragnę Kościoła ubogiego dla ubogich. (198)

Ponieważ adhortacja ta skierowana jest do członków Kościoła katolickiego, muszę z bólem stwierdzić, że najgorszą dyskryminacją, jakiej doświadczają ubodzy, jest brak opieki duchowej. (200)

O zaangażowaniu na rzecz ubogich: „Obawiam się, że również te słowa pozostaną tylko przedmiotem komentarzy bez praktycznego odniesienia. Niemniej jestem pełen ufności w otwarcie i właściwą dyspozycyjność chrześcijan i proszę was o wspólnotowe szukanie nowych dróg, by przyjąć tę odnowioną propozycję.” (201)

Polityka, tak bardzo oczerniana, jest powołaniem wzniosłym, jest jedną z najcenniejszych form miłości, ponieważ szuka dobra wspólnego. (205)

Jeśli ktoś czuje się dotknięty moimi słowami, pragnę go zapewnić, że wypowiadam je z serca i w najlepszych intencjach, daleki od jakiegokolwiek interesu osobistego lub ideologii politycznej. (208)

Koniecznie trzeba zwracać uwagę, żeby być blisko nowych form ubóstwa i słabości, […] (210)

[…] uczyniliśmy niewiele, aby odpowiednio pomagać i towarzyszyć kobietom znajdującym się w bardzo ciężkiej sytuacji […] (214)

jesteśmy stróżami innych stworzeń. (215)

Chrystus zjednoczył wszystko w sobie: niebo i ziemię, czas i wieczność, ciało i ducha, osobę i społeczeństwo. (229)

Istnieje również dwubiegunowe napięcie między ideą a rzeczywistością. Rzeczywistość po prostu jest, ideę się wypracowuje. Trzeba doprowadzić do stałego dialogu pomiędzy nimi, unikając oddzielenia idei od rzeczywistości. Niebezpiecznie żyć w królestwie samego tylko słowa, obrazu, sofizmatu. Stąd wniosek, że należy postulować trzecią zasadę: rzeczywistość jest ważniejsza od idei. Pociąga to za sobą unikanie różnych form ukrywania rzeczywistości: angelicznych puryzmów, dyktatury relatywizmów, pustej retoryki, projektów bardziej formalnych niż realnych, fundamentalizmów antyhistorycznych, intelektualizmów pozbawionych mądrości. (231)

[…] idealizmy i nominalizmy […] klasyfikują i definiują, ale nie angażują. To, co angażuje, to rzeczywistość oświecona rozumowaniem. Trzeba przejść od formalnego nominalizmu do harmonijnej obiektywności. W przeciwnym wypadku manipuluje się prawdą, podobnie jak gimnastykę zastępuje się kosmetyką. Są tacy politycy – a także przywódcy religijni – którzy zastanawiają się, dlaczego lud ich nie rozumie i za nimi nie idzie, skoro ich propozycje są tak logiczne i jasne. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że usadowili się w królestwie czystych idei i sprowadzili politykę lub wiarę do retoryki. Inni zapomnieli o prostocie i ściągnęli z zewnątrz racjonalność obcą i niezrozumiałą dla ludzi. (232)

Rzeczywistość jest ważniejsza od idei. (233)

Całość jest czymś więcej niż część i czymś więcej niż ich prosta suma. (235)

Wiarygodność orędzia chrześcijańskiego byłaby o wiele większa, gdyby chrześcijanie przezwyciężyli swoje podziały […] (244)

Szczególne spojrzenie kierujemy na naród żydowski, którego Przymierze z Bogiem nie zostało nigdy odwołane, ponieważ «dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne» (Rz 11, 29). (247)

Bóg nadal działa w narodzie Starego Przymierza i sprawia, że rodzą się skarby mądrości wypływające z jego spotkania ze Słowem Bożym. (249)

My, chrześcijanie, powinniśmy przyjąć serdecznie i z szacunkiem islamskich migrantów przybywających do naszych krajów, podobnie jak mamy nadzieję i prosimy, byśmy byli przyjmowani z szacunkiem w krajach o tradycji islamskiej. Proszę, pokornie błagam te kraje, aby zapewniły wolność chrześcijanom, by mogli sprawować swój kult i żyć swoją wiarą, uwzględniając wolność, jaką wyznawcy islamu cieszą się w krajach zachodnich! (253)

To prawda, że zaufanie do niewidzialnego może przyprawić o zawrót głowy: przypomina zanurzenie się w morzu, gdy nie wiemy, co nas spotka. Ja sam doświadczyłem tego wielokrotnie. (280)