Kościół Kobiet

Zacząłem pisać mój krótki komentarz po przeczytaniu kolejnej książki i napotkałem na trudności. Bo sam widzę, że temat miejsca kobiet w Kościele nie jest przeze mnie dobrze przepracowany i ze wstydem muszę przyznać, że nigdy się nad nim dłużej nie zastanawiałem. Uświadomienie sobie tego jest pierwszym sukcesem tej lektury. Jak sama autorka wpisała mi się w dedykacji, że to dość nietypowy prezent z okazji święceń, jak widać okazał się być strzałem w dziesiątkę. „Kościół Kobiet” Zuzanny Radzik czyta się bardzo dobrze. Do tej pory była to dla mnie terra incognita.

Jestem pod ogromnym wrażeniem wszystkich spotkań i rozmów Zuzanny z kobietami, które zaangażowały się na rzecz teologii kobiet i przekładania jej na społeczne zaangażowanie pomocy zepchniętym na margines. Pytałem się przy okazji siebie, czemu teologia we mnie tak mało pobudza mnie do wyjścia do ludzi. Świadectwo kobiet feministek, zaangażowanych w pomoc najuboższym nie raz zawstydziło mnie podczas czytania.

Ważnych pytań o miejsce kobiet w Kościele jest wiele w tej książce. Myślę jednak, że zanim pytania z książki dotrą do świadomości czytelnika, najpierw ten musi się zmierzyć, według moich codziennych obserwacji, z przeklętym kręgiem natychmiastowego stanięcia po którejś ze stron, z koniecznością bycia „za lub przeciw”, tego dwubiegunowego świata, który każe nam zabarykadować się po którejś stronie konfliktu. „Kościół Kobiet” to dobry test na ten przeklęty krąg, chorobę, która niejedną rozmowę na ważny temat zniżyła do pułapu inwektyw i wzajemnych oskarżeń o wszystko co się da.

Książka obudziła we mnie własne historie i wspomnienia, oraz refleksje gdzie tematem była kobieta.

Oto dwie z nich.

O samym poziomie dyskusji niech świadczy moja krótka wymiana zdań, w „jednej z” zakrystii, z „jednym z” księży (no names, no scandals). Jakimś dziwnym trafem zeszło na temat święceń kobiet. Ksiądz podsumował swój sprzeciw wobec udzielania święceń kobietom parafrazując słowa „jednego z” wykładowców w „jednym z” seminariów w Polsce: sprawa święceń, to sprawa ją**r! Oniemiałem i już miałem powiedzieć: „Myślałem, że w obrzędzie święceń biskup nakłada swe ręce na głowę święconego, nie na jego j…”, ale w czas ugryzłem się w język i wycofałem z tej bezsensownej wymiany zdań.

Ostatnie strony „Kościoła Kobiet” poświęcone są Maryi. Czytając o odrealnionym obrazie Matki Jezusa przypomniały mi się wykłady z mariologii. Pamiętam moje zniesmaczenie, kiedy uczyliśmy się o sporach związanych z potrójnym dziewictwem Maryi – przed, w trakcie i po narodzeniu Jezusa. Zastanawiałem się wtedy, czy debatujący o tak intymnych sprawach Maryi mieliby śmiałość zapytać ją o to osobiście.

Wszystkich, którzy kochają, gdy stawia się im trudne pytania, na które od razu nie muszą znajdować odpowiedzi, zapraszam do lektury. Szczególnie mężczyzn, bo kobiety o tym, co pisze Zuza, wiele wiedzą. Nie musisz się zgadzać, nie musisz się nie zgadzać, ale myślę, że dobrze jest na sam początek spokojnie wysłuchać. A jest czego. Nie wdaję się w polemikę. Bo i teolog ze mnie słaby, a jedna książka w temacie to za mało, by coś sensownego napisać od siebie. Tym bardziej, że poruszone tematy wciąż we mnie pracują. Zachęcam do czytania. Na facebooku powstała strona poświęcona książce.

Na koniec moje krótkie lapidarium (ze względu na to, że w książce pozaznaczałem sobie czasem dość duże fragmenty, będzie tutaj tylko kilka krótszych, które przykuły moją uwagę):

 

Zuzanna Radzik, Kościół Kobiet, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

Jeszcze nie tak dawno o kobiecie przy ołtarzu nie mogło być mowy. Czytałam nawet gdzieś u moralisty Bernarda Häringa, że w 1949 roku Watykan wydał zaaprobowaną przez papieża instrukcję, która mówiła, że teologowie moralni są zgodni co do tego, iż kobieta zbliżająca się do ołtarza, z wyjątkiem momentu procesji do komunii, popełnia grzech ciężki. (84)

Doskonale pamiętam, gdy jako studentka pierwszego roku teologii przeczytałam przetłumaczony przez starszego kolegę fragment książki Elisabeth Johnson o obrazie Boga jako kobiety, która jest w ciąży. Bóg jako matka, który(a) nosi w swoim łonie całe stworzenie. Można tak myśleć i pisać! Dopiero parę lat później udało mi się zdobyć wyświechtany egzemplarz She Who Is (Ta która jest), książki, w której Johnson pisze właśnie o kobiecych obrazach Boga. (97)

O metaforach Boga pisze, że gdy stają się martwe, są świetnymi bożkami. (98)

Pamiętasz przypowieść o kobiecie szukającej szekli, która pojawia się zaraz po figurze dobrego pasterza? Zauważ, jak mocno jest w ikonografii obecny dobry pasterz, a gdzie jest ta kobieta. (98)

Znasz metaforę, że Kościół jest jak arka? A my działamy inaczej – dryfujemy w morzu. Od czasu do czasu wchodzimy na pokład, odpoczywamy, dzielimy się doświadczeniami i wracamy do morza. Bo ludzie w tym morzu nas potrzebują. Problemem jest to, że najczęściej przywódcy Kościoła nawet nie próbują wchodzić do tego morza. Myślę, że właśnie to próbuje nam przekazać papież Franciszek: «Właźcie do morza!». (135)

„Czemu siostra to wszystko robi, skąd zaangażowanie w feminizm?” – pytam. „Bo jestem kobietą” – odpowiada bez wahania. I dodaje: „Zawsze mówię, że jako zakonnice powinniśmy być tu awangardą, bo swoim życiem pokazujemy, że da się żyć bez mężczyzn. Myślę, że udane życie bez mężczyzn pozwala nam inaczej spojrzeć na relacje między kobietami a mężczyznami”. (141)

Pytana o powody wstąpienia do zakonu siostra Mary John zawsze odpowiada: „Nie pytaj, czemu wstąpiłam, bo miałam dziewiętnaście lat, a od jedenastego roku życia byłam w szkole sióstr, więc powodem wstąpienia była inercja. Spytaj mnie, czemu wciąż tu jestem. Po prostu z czasem znajdowałam coraz więcej powodów”. (141)

„Niegdyś twórcami teologii byli wykształceni mężczyźni, a w Kościele katolickim wykształceni mężczyźni żyjący w celibacie. Ich sposób widzenia świata kształtował teologię” – potwierdza moje intuicje nestorka feministycznej teologii, siostra Elizabeth Johnson. „Są w tej teologii rzeczy zachwycające, które uwielbiam! Jednocześnie jednak inne doświadczenia Boga zostały wyrzucone poza nawias, a wiele istotnych pytań w ogóle nie pada. To jest punkt widzenia uprzywilejowanej grupy. Zupełnie inny nić ten, z którego można patrzeć i tworzyć teologię, jeśli słucha się głosów i bazuje na doświadczeniach ludzi nieuprzywilejowanych, tych, których uciszano. A czy Jezus nie wychodził właśnie do ludzi z marginesu?” (159)

„Nie lubią mnie, bo za dużo mówię” – tłumaczy Virginia. „Kobiety w Kościele zbyt długo milczały. Jesteśmy przez chrzest prorokami i kapłanami, i musimy mówić, jeśli widzimy, że dzieje się coś złego”. (205)

Dlatego Tamez, podobnie jak jej koleżanki uprawiające teologię w perspektywie womanist, sięga po postać biblijnej Hagar, a nie Sary czy Estery. To coś w rodzaju procesu nowej inkulturacji Biblii, odrzucenia kolonialnych obrazów i próby czerpania z niej bezpośrednio, tak by stawała się źródłem siły i pocieszenia. To z Hagar, jej odrzucenia, bycia niewolnicą, ale też wymuszoną przez trud życia zaradnością identyfikują się teolożki womanist i mujerista. Niewolnica, traktowana jak obiekt seksualny i matka surogatka, rodząca i wychowująca dzieci w zastępstwie innej kobiety – to doświadczenia ich matek i babek, a czasem także ich samych. (210)

Wszystkie feministyczne teolożki używają doświadczenia kobiet jako narzędzia tworzenia teologii. Ale czy istnieje coś takiego jak jednolite doświadczenie kobiet? Czy na pewno mówicie o naszym doświadczeniu? – pytały siebie nawzajem. […] Z czasem pojawiały się pytania międzypokoleniowe. Młode teolożki pytały starsze koleżanki: czy jesteście pewne, że mówicie w naszym imieniu? (211)

Na koniec zauważa przytomnie: „Masz z nami problem, prawda? Niezupełnie to kupujesz. Notuj te myśli, bo taki sam, a pewnie jeszcze większy problem będą mieli twoi czytelnicy”. (252)

poprzez obraz i w zagadce

Wiem, dobrze to wiem, że chyba wszyscy mają tę książkę już za sobą. Ja dopiero teraz. Nie żałuję, że tak późno. Po filozofii i teologi łatwiej było przebrnąć przez dłuższe dialogi bohaterów „Imienia Róży” Umberto Eco. Od „Katedry w Barcelonie” Ildefonso Falcones, żadna z książek mnie tak nie wciągnęła, i to do tego stopnia, że siedmiogodzinna podróż pociągiem wydała mi się zbyt krótką… Niech to krótkie lapidarium powie za mnie to, co mógłbym napisać w moim marnym komentarzu do tej genialnej „permutacji alfabetu”:

[…] piękno kosmiczne dane jest nie tylko przez jedność w rozmaitości, ale także przez rozmaitość w jedności. (31)

Machiny, powiadał, są dziełem sztuk, które małpują naturę, naśladując nie jej formę, lecz czynności. (32)

W ciągu całej podróży uczę się rozpoznawać znaki, przez które świat do nas przemawia niby wielka księga. (40)

[…] znaków oraz znaków znaków używa się tylko wtedy, gdy brak jest samej rzeczy. (48)

Opactwo bez ksiąg jest jak państwo bez potęgi, zamek bez załogi, kuchnia bez sprzętów, stół bez potraw, ogród bez ziół, łąka bez kwiatów, drzewo bez liści. (59)

Malarstwo jest literaturą dla ludu. (66)

Jedna tylko rzecz podnieca zwierzęta bardziej niż rozkosz, a jest nią ból. Na mękach czujesz się jak we władzy ziół, które dają wizję. Wszystko, coś zasłyszał, coś czytał, wraca ci do głowy, jakby uniesiono cię, lecz nie do nieba, ale ku piekłu. Na mękach powiadasz nie tylko to, czego chce inkwizytor, ale też to, co w twoim mniemaniu może być mu miłe, by ustanowiła się więź (o tak, doprawdy diabelska) między nim a tobą… (91)

Tak, jest bowiem lubieżność bólu, jak jest lubieżność wielbienia, a nawet lubieżność pokory. Skoro tak niewiele wystarczyło zbuntowanym aniołom, by zmienić żar uwielbienia i pokory w żar pychy i buntu, cóż powiedzieć o istocie ludzkiej? Ta właśnie myśl przyszła mi do głowy w toku inkwizytorskich poczynań. I dlatego wyrzekłem się tego działania. Nie mam dość odwagi, by badać słabości niegodziwców, bo odkryłem, że te same słabości mają święci. (92)

Nie buduj zamku podejrzeń na jednym słowie. (99)

Trzy bowiem rzeczy przyczyniają się do stworzenia piękna: przede wszystkim niepodzielność lub doskonałość, i dlatego za brzydkie mamy rzeczy niebędące całością; następnie należyta proporcja albo też harmonia; w wreszcie jasność i światło, i rzeczywiście nazywamy pięknymi rzeczy barwy jasnej. (109)

[…] celem wiedzy jest także przedłużenie ludzkiego życia. (113)

[…] per speculum et in aenigmate. (poprzez obraz i w zagadce) (121)

[…] często zdarzało mi się, że najbardziej uwodzicielskie wyobrażenia grzechów znajdowałem właśnie na kartach zapisanych przez tych ludzi o niewzruszonej cnocie, którzy potępiali ich urzekającą siłę i skutki. (122)

Utraciliśmy mądrość dawnych ludzi, minęła epoka olbrzymów! Jesteśmy karłami […] ale karłami, które stoją na ramionach tamtych olbrzymów i naszej małości potrafimy czasem wypatrzyć dalszy niż oni horyzont. (130)

Widzisz, miałem sposobność poznać najbieglejszych medyków, którzy warzyli lekarstwa usuwające chorobę. Dawali oni balsam lub napar prostaczkom, dołączając śpiewne zdania, które wydawały się modlitwą, a nie dlatego, że te modły miały moc leczenia, ale dlatego, że dusza, dobrze zachęcona ufnością, jaką pokłada w pobożnej formule, lepiej się przysposobi do cielesnego działania lekarstwa. (133)

[…] skoro w naszych czasach nie da się przekonać mnichów, by nie pili, niechaj chociaż nie poją na umór, ponieważ wino skłania do apostazji nawet mędrców, o czym przypomina Eklezjastyk. Benedykt, mówiąc „w naszych czasach”, miał na myśli swoje, dzisiaj już tak odległe: wystawmy sobie, jak to musiało być w dniach, kiedy wieczerzaliśmy w opactwie, po takim upadku obyczajów (i nie mówię już o czasach moich, kiedy piszę te słowa; wspomnę tylko, że tutaj, w Melku, największą pobłażliwość znajduje piwo!); w sumie piło się bez przesady, ale nie bez ochoty. (141)

[…] Chrystus nie śmiał się nigdy. (142)

Każde na świecie stworzenie jakoby księga i pismo. (157)

By istniało zwierciadło świata, świat musi mieć jakiś kształt. (176)

Biblioteka daje świadectwo prawdzie i błędowi. (188)

[…] czasem słusznie jest wątpić. (193)

Jest to najprostsza z dróg wiodących do Najwyższego, materialna teofania. (209)

[…] sen za dnia jest jak grzech cielesny: im więcej go było, tym więcej się go pragnie, a przecież czujemy się nieszczęśliwi, jednocześnie zaspokojeni i niezaspokojeni. (225)

Kiedy Franciszek mówił do ludu miasta i jego władców i zobaczył, że ci go nie pojmują, poszedł w stronę cmentarza i zaczął głosić kazanie krukom i srokom, krogulcom, tym drapieżnym ptakom, które żywią się trupami. / – Co za okropność! – rzekłem. – Nie były to więc dobre ptaszki. / Były to ptaki drapieżne, ptaki odtrącone jak trędowaci. Franciszek myślał z pewnością o tym wersecie z Apokolipsy, który mówi: „I ujrzałem innego anioła stojącego w słońcu: i zawołał donośnym głosem do wszystkich ptaków, lecących środkiem nieba: «Pójdźcie, zgromadźcie się na wielką ucztę Boga, aby zjeść trupy królów, trupy wodzów i trupy mocarzy, trupy koni i tych, co ich dosiadają, trupy wszystkich – wolnych i niewolników, małych i wielkich». / – Więc Franciszek pragnął zachęcić odtrąconych do buntu? / – Nie, to uczynił raczej Dulcyn i jego ludzie. Franciszek chciał wezwać odtrąconych, gotowych do buntu, by stali się cząstką ludu Bożego. Chcąc przywrócić porządek w trzodzie, trzeba było odzyskać odsuniętych. (289)

Oto złudzenie herezji. Nie liczy się wiara, jaką ruch ofiarowuje, liczy się nadzieja jaką podsuwa. (291)

Czy to możliwe, by rzeczy tak wieloznaczne dały się powiedzieć w sposób tak jednoznaczny? (354)

Często księgi mówią o innych księgach. Często w księdze nieszkodliwej jest jakby ziarno, które rozkwitnie w księdze niebezpiecznej, albo na odwrót, mamy słodki owoc wyrosły z gorzkiego korzenia. (407)

Jeśli jest ślad, musi być coś, co go odcisnęło. (449)

[…] nie rozciągaj na zakon tego, co mogło być tylko moją słabością! (484)

Prawdziwa miłość pragnie dobra przedmiotu miłości. (556)

Wystarczy, by gest nie przeobraził się w zamysł, by ten język pospólstwa nie znalazł łaciny, która go wyrazi. (660)

Antychryst może zrodzić się z pobożności, z nadmiernej miłości do Boga lub prawdy, jak kacerz rodzi się ze świętego, a opętany przez demona z jasnowidzącego. Lękaj się, Adso, proroków i tych, którzy gotowi są umrzeć za prawdę, gdyż zwykle wiodą na śmierć wielu innych, często przed sobą, czasem zamiast siebie. (683)

Porządek, jaki nasz umysł wymyśla sobie, jest niby sieć, albo drabina, którą się buduje, by czegoś dosięgnąć. Ale potem trzeba drabinę odrzucić, gdyż dostrzega się, że choć służyła, była pozbawiona sensu. (685)

Trudno pogodzić się z myślą, że gdyby istniał ład we wszechświecie, stanowiłby obrazę dla wolnej woli Boga i dla Jego wszechmocy. Tak więc, wolność Boga jest naszą zgubą, a przynajmniej zgubą naszej pychy. (685)

Umbert Eco, Imię Róży, tł. Adam Szymanowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.