Archiwum kategorii: follower

Follower to krótkie refleksje do fragmentów Ewangelii czytanych w kościołach na mszy w niedzielę lub w ciągu tygodnia. Większość tego, co tu znajdziecie to moje osobiste refleksje, mniej lub bardziej odnoszące się do mojego życia i mojego „dzisiaj”. Nie ma co się doszukiwać głębokiej teologii w tym co tu piszę. To nie jest też egzegeza biblijna. Tekst biblijny można czytać na różne sposoby – jako historyk, literat, polonista, archeolog, językoznawca, teolog… W tym wypadku jednak to tekst biblijny czyta moje życie. Właśnie tak rozumiem powiedzenie, że teksty biblijne to „żywe słowo”.

immanu

Byłby to cios. Gdyby okazało się, że jednak to bajka. Nie. Nie to, że się nie urodził. Nic z tych rzeczy. Historycy raczej są zgodni. W to nie wątpi nawet nauka. Ciosem byłby fakt, że nie wstał. Że nie wstał z martwych.

Zaparzam kolejną herbatę. Jest noc. Rzym o tej porze roku opustoszał. Jest cicho. Jedynie co jakiś czas śmieciarki tłuką się ulicami.

Jego imię. Żeby to tylko jedno. Ma ich tak wiele. Żadne nie wyjaśnia wszystkiego, ale każde rozświetla choć trochę to kim jest.

Immanu El. Bóg z nami. Prościej się nie da.

 

Jesteś z nami.

Między jedną a drugą herbatą.

Między jednym a drugim praniem.

Pierwszym i ostatnim schodem.

Między jednym a drugim słowem, wypowiedzianym lub usłyszanym.

Między spojrzeniem, tym pierwszym z rana, tym ostatnim z wieczora.

Między nami.

Jesteś z nami.

 

Mateusz napisał:

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.
Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy Bóg z nami”.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, ja mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.

nie spadnij w przeszłość

Skąd On się właściwie wziął? Nie przyleciał przecież z kosmosu. Ma swoją rodzinę. Ma dobre pochodzenie. Jego ojciec miał dobrze płatny zawód. Choć nic nie mówi o tym jak Mu się żyło zanim zaczął wędrówkę, to wiemy, że historia Jego rodziny jest długa i skomplikowana. Dobry scenariusz na niejeden film. Pamiętam jak kiedyś, jak się gdzieś zatrzymaliśmy, szukała Go matka. Akurat wtedy przemawiał. Powiedział nam, że to my jesteśmy Jego matką, braćmi i siostrami. Skoro tak, to historia Jego rodziny staje się moją historią. Jestem synem Dawida i synem Abrahama. Nie ja się włączyłem w tę historię. On mnie w nią włączył. Zresztą, nie tylko mnie.

Ale co to właściwie zmienia? Każdego dnia mam bardziej prowizoryczne sprawy do załatwienia niż dedukowanie z Jego słów i historii Jego życia, że jestem synem Dawida i Abrahama. Są to wielkie słowa, które z trudem mieszczą się w moim małym, prowizorycznym, często zakurzonym, życiu. Ilość tych „wielkich słów”, które słyszę wokół siebie, jakoś nie wydają mi się pasować do codzienności. Większa część dnia wypełniona jest tysiącami ulotnych spraw. Graliście kiedyś w Super Mario? Trzeba tam było czasem przejść po kostkach, które po dotknięciu spadały w przepaść. Żeby nie spaść z nimi, trzeba było iść sprawnie do przodu i nie zatrzymywać się. Trochę się tak czuję jak idę przez życie. Wszystko, co spotykam na drodze po dotknięciu rozpływa się w tym, co zwykliśmy nazywać przeszłością. Żeby nie spaść w przeszłość, muszę iść dalej. Rzadko zwracam się bezpośrednio do ciebie, czytelniku, ale chciałbym ci powiedzieć: cokolwiek cię w życiu spotkało, dobrego lub złego, cokolwiek – nie zatrzymuj się. Idź do przodu, żebyś nie spadł w przeszłość. My należymy do przyszłości. I to nam gwarantuje pochodzenie od Dawida i Abrahama, w które zostaliśmy razem włączeni. Dlaczego? Bo ci, którzy już spadli w przeszłość, jak i my, którzy jeszcze chodzimy po tej ziemi, dostaliśmy obietnicę, że wstaniemy, podniesiemy głowy i pójdziemy dalej. A teraz, po tych wielkich słowach, czas zrobić porządek na biurku.

 

Mówienie zawsze jest wysiłkiem i niczego człowiek nie zdoła powiedzieć do końca. (Koh 1,8)

 

Mateusz napisał:

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse był ojcem króla Dawida.

Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.

Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)

pustynia wrażeń

Nie żyjemy w spokojnych czasach. Wyczuwa się wzrost napięcia. Tak, jakby coś się miało wydarzyć, ale nikt za bardzo nie wiedział co konkretnie. Co jakiś czas ktoś zaczyna wychodzić na ulice i krzyczeć. Jeden krzyczy tego dnia, drugi tamtego. Każdy, z tych krzyczących, po swojemu chce zaprowadzić porządek. Oczywiście porządek wszystkiego. „Proroków” teraz nie brakuje. Dlatego właśnie Jan był inny i przyciągał. Dobrze wiedział kim nie jest i to było jego mocną stroną. Z drugiej strony wiedział też kim jest.

Głos na pustyni.

Przecież na pustyni nikogo nie ma. Tylko wariat idzie na pustynię, żeby coś usłyszeć. Na pustyni nikt niczego nie mówi, bo to mija się z celem dotarcia do kogokolwiek. Wszystko zaczyna zmieniać swój sens, kiedy zaczynam się domyślać, że pustynią nie są góry piasku i kamieni przewalane przez wiatr, ale wypełnione ludźmi miasta, pełne dźwięków, obrazów i ruchu. Wrażeń nie brakuje. Lecz do niczego mnie szczególnego nie prowadzą. Na pewno nie do zmiany życia, wzięcia się w garść. Przeraził mnie w pewnym momencie fakt, że całe życie mógłbym spędzić wyłącznie na powierzchni, wrażeniowo – zastanawiałem się wtedy jaki film na yt, jaki mem, jaki post na necie będzie moim ostatnim tuż przed śmiercią. Przeraziła mnie ta perspektywa. Paradoksalnie brak mi piasku i kamieni. Brak przestrzeni, w której mógłbym usłyszeć ten głos, który wezwie do wyruszenia, do odchodzenia od tego wszystkiego co nieistotne i co rozprasza, który wezwie mnie do budowania na skale, do chodzenia po wodzie, nauczy przebaczać i podniesie ze śmierci.

Za dużo wrażeń. Za mało pustyni.

 

Jan napisał:

Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?”, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zapytali go: „Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?” Odrzekł: „Nie jestem”. „Czy ty jesteś prorokiem?” Odparł: „Nie!” Powiedzieli mu więc: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?” Odpowiedział: „Jam głos wołającego na pustyni: «Prostujcie drogę Pańską», jak powiedział prorok Izajasz”. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: „Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?” Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1,6-8.19-28)

trud nie-trud

Włączam kanał informacyjny i już wiem, że zaraz mi się zrobi lżej – śmierć, choroby, nieszczęścia, wojny, wypadki, katastrofy, przemoc… Nie muszę włączać neta, wystarczy krótki spacer po Rzymie. Po nim zasypiam u siebie w pokoju ze świadomością, że ulicę dalej pod witrynami sklepowymi śpi grupa bezdomnych. Robi mi się lżej, bo jaki trud mam w życiu, gdy patrzę na cierpiących wokół mnie? Żaden. Nic nie wydaje mi się trudne, gdy na nich patrzę, gdy o nich myślę. Nawet pisanie o nich tutaj wydaje mi się nie na miejscu. Wystarczy kilka słów o cierpiących wokół, przywołanie wzruszających scen z bezdomnymi w tle i wykorzystując ich biedę w bardzo zniuansowany sposób mogę przykuć uwagę czytelnika. Bo dobrze się takie rzeczy czyta.

Patrzę jeszcze raz na swoje życie. Jednak nie chodzę codziennie wypoczęty i wyspany. Trudzę się o coś w tym życiu. O co?

Są różne bóle. Inaczej boli upadek, inaczej boli podnoszenie się z upadku. Inaczej boli zawalone życie, inaczej boli walka o nie. Inaczej boli zawiniony błąd, inaczej niespodziewane, niezawinione bolesne zdarzenie. Inaczej bolą konsekwencje braku pracy nad sobą, a inaczej boli wzięcie się w garść. Praca nad sobą, walka z przeciwnościami, dążenie do prawdy, bycie dla innych – taki trud jest szorstki jak kora drzewa i słodki jak jego owoce.

Nie żyję w raju i On dobrze o tym wie. Nie może mi obiecać braku trudu i braku bólu. Jedyne co może zrobić w tym roztrzaskanym świecie, to pomóc mi przejść przez to, co trudne.

Czy całe moje życie to trud i ból? Nie. Czy jestem nadzwyczajnym człowiekiem? Też nie. Zwyczajnie przeżywam wiele spraw po swojemu, ale nie jest to nic nadzwyczajnego. Dlatego też nie ma sensu szukać czegoś nadzwyczajnego w moim trudzeniu się. Życie składa się z wielu prostych czynności, zdarzeń, codziennych i stałych, przez co mało zauważalnych. Świadome, codzienne bycie tu i teraz jest już pierwszym i chyba największym dla mnie trudem.

Idę dalej. Ból mnie może złamać, trudności mogą mnie zatrzymać. Ale nie wszystkie. Na tej drodze, na której idziemy razem z Nim, jest inaczej. Nie wiem jak On to robi.

 

Mateusz napisał:

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

IDĘ JA, IDZIE ON

Nie zawsze idziemy. Czasem się zatrzymujemy. Z różnych powodów. Zmęczenie. Trzeba czasem ogarnąć plan wędrówki. Coś zjeść. Z kimś się spotkać. Czasem ktoś Go zatrzyma, o coś zapyta. Trzeba też gdzieś spać. Zdarza się, że w niektórych miejscach zostajemy na dłużej. On, mimo że siedzi lub stoi mam wrażenie jakby ciągle szedł do przodu. Każdy dzień jest inny od poprzedniego. Każda noc jest jakoś inaczej ciemna niż poprzednia. Jak zaczyna opowiadać różne historie, jest pewne, że znów wszystko zaczyna się dziać na nowo. Tak było i teraz. Scenariusz opowieści prosty. Pasterz, sto owiec. Jedna gdzieś się zapodziała. Pasterz zostawia całe stado i szuka tej jednej. Znajduje ją i wraca z nią do stada. Happy end. Idziemy dalej.

Stop.

I tym razem Jego słowa okazały się być bombą z opóźnionym zapłonem.
Nie znam nikogo, kto by się w życiu swoim czasem nie pogubił. Mi się to zdarzało i ciągle zdarza. Zastanawiam się ciągle nad tym samym pytaniem co kiedyś. Kto tu za kim podąża? Czy to ja idę za Nim, czy to już On idzie za mną? To ja szukam Jego, czy On szuka mnie? Fizycznie jestem w Kościele. Jestem w zakonie. Zdawać by się mogło jestem w stadzie. Serce jednak lubi się zabłąkać. A droga, którą idę wydaje się być taka niejasna.

Jego słowa znów rzuciły mnie w nowe miejsce. Nie pozwalają myślom spać. Idę dalej. Z nadzieją. Bo nawet jeśli teraz nie idę za Nim, to prawdopodobnie On już idzie po mnie moim śladem.

 

Mateusz napisał:

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”. (Mt 18,12-14)

halo tu baza

Mam. Wyżyję się! To przecież takie proste. Pierwsza myśl, kiedy usłyszałem Jego słowa: „przecież to o moim życiu!”. Tyle razy musiałem wysłuchiwać oczekiwań, które inni mieli wobec mnie! Wiecie jakie to upokarzające? Każdy inaczej wyobraża sobie jak moje życie powinno wyglądać, a nawet więcej, dobrze wie jak ono powinno wyglądać. Jedni poklepią po plecach, podziękują, a zaraz potem drudzy za to samo wyślą mnie do piekła… i jeszcze to, że… a poza tym… niewiarygodne, prawda?…

 

Halo halo. Tu baza. Odbiór. Chyba cię puszczyk trochę poniosło. Zjedz snickers’a, bo zaczynasz gwiazdorzyć.

 

Przecież wiesz jak łatwo jest wyżyć się na innych używając Jego słów. Naprawdę nie myślałeś o tym, że to właśnie ty Mu mówisz jak ma się zachowywać? Byłoby ci czasem tak wygodnie, gdyby nie mówił pewnych rzeczy, nie zadawał niektórych pytań. Drażni cię to, że milczy, kiedy według ciebie powinien coś powiedzieć i mówi, kiedy powinien zamilknąć. Tyle razy grałeś, a On nie tańczył w rytm twojej muzyki…

 

Przyznaję się. Przyznaję się bez bicia. Myślałem tak, jak napisałem. Czasem tak właśnie paskudnie myślę. Przecież nie jestem święty.

 

Naucz mnie słuchać tego, co jest za słowami i gestami. Nieważne co mi inni napiszą, co o mnie powiedzą, jak na mnie spojrzą, jak mnie skomentują, jak mnie ocenią. Przecież to tylko szczyt góry lodowej. Naucz mnie usłyszeć w innych to, co jest niewypowiedziane. Za ich słowami i gestami są zasypane pragnienia. Jakieś niespełnione marzenia. Może jest tam jakaś rana? Potrzeba? Może jakieś przesłanie? A może nawet Twój głos? Ratunek dla mnie. Przecież i za moimi niektórymi postawami i słowami można znaleźć ranę, zasypane pragnienie, nieprzepracowane sfrustrowanie, jakieś niespełnione marzenie…

 

 

Łukasz napisał:

 

Do kogo więc przyrównam ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Zachowują się jak dzieci, które siedzą na placu i robią wymówki innym: «Graliśmy wam, a nie tańczyliście; śpiewaliśmy pieśni żałobne, a nie płakaliście». Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel, nie je chleba, nie pije wina, a wy mówicie: «Opętał go demon». Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a mówicie: «To żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników». A jednak o mądrości świadczą wszystkie jej dzieci. (Łk 7,31-35)

 

po-wstanie

Ciasno, syfiasto i duszno. Rzym, Kraków, Praga, Lwów… stare miasta są urokliwe tylko przez chwilę, dopóki się w nich nie zamieszka. A później i tak trudno się z nimi rozstać. Właśnie szliśmy do jednego z nich. Nie mogliśmy przejść przez bramę, ponieważ przechodził kondukt żałobny. Jakiejś matce zmarł syn. Podobno to jedyny jakiego miała. I szczerze mówiąc mało mnie obchodziła jej sprawa. Nie wzruszyłem się, bo jestem już odporny na tego typu widoki. Matka Polka i Matka Niemka, Matka Żydówka i Matka Arabka, Matka Amerykanka i Matka Rosjanka, Matka Chrześcijanka i Matka Muzułmanka… Naoglądałem się widoku płaczących kobiet-matek. Z książek, szczególnie tych nieco starszych, łzy niejednej matki ściekały mi po rękach, a z monitora mojego laptopa na klawiaturę.

 

On się wzruszył. Podszedł. Pocieszył. Dotknął zwłok. Chłopak ożył. I życie toczyłoby się dalej, gdybym nie zdał sobie sprawy z tego, że ta historia powtórzyła się z Jego udziałem. W miejscu tej kobiety stała Jego Matka, a w miejscu tego syna On. Był martwy, a jednak wstał.

 

Nie za bardzo rozumiem. Kto tu się z kim utożsamia? My z Nim, czy On z nami? Kto tu właściwie za kim podąża – my za Nim, czy On za nami? Gdzie dojdziemy? Jak to się wszystko skończy? Będą to albo zwłoki, albo wielkie po-wstanie. On obiecuje to drugie, ja obawiam się tego pierwszego. Jeśli to się nazywa małą wiarą, to mam w niej udział. Nie będę przecież ściemniał, że mam wiarę, która góry przenosi. Koń jaki jest, każdy widzi.

 

Ruszyliśmy dalej. Podejdę do Niego w drodze, pogadam. Nic nie daje mi spokoju.

 

 

Łukasz napisał:

 

Wkrótce potem udał się do pewnego miasta zwanego Nain. Wraz z Nim szli Jego uczniowie i wielki tłum. Gdy zbliżył się do bramy miasta, właśnie wynoszono zmarłego: jedynego syna matki, która była wdową. Towarzyszył jej wielki tłum z miasta. Gdy Pan ją zobaczył, ulitował się nad nią i powiedział: „Nie płacz”. Podszedł, dotknął pogrzebowych noszy, a niosący je zatrzymali się. I powiedział: „Młodzieńcze, mówię ci, wstań!”. Wtedy zmarły usiadł i zaczął mówić. I oddał go jego matce. Wszystkich ogarnął lęk i wychwalali Boga, mówiąc: „Wielki prorok pojawił się wśród nas. Bóg nawiedził swój lud”. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicy. (Łk 7,11-17)

 

być

Poczucie winy w jakimś stopniu towarzyszy mi od zawsze. Mam co jeść i pić, gdy w tym samym czasie ktoś przymiera głodem, bo mogę podróżować, gdy niektórych nie stać na to, by ruszyć się ze swojej miejscowości, mogę studiować, gdy niektórzy od dziecka muszą pracować na polu lub w fabryce, mogę w wolnych chwilach posiedzieć na necie, pogadać z rodzicami, wyjść na spacer, iść do sklepu, mam ciepłą wodę w kranie, koc, buty, okulary, książki…

 

tyle mam, a przecież tyle mógłbym nie mieć!

 

Tak. Chciałbym być zbawicielem. Chciałbym wszystkich uzdrowić, wszystkim dać dach nad głową, nakarmić, wyedukować, stworzyć warunki do życia. Ten natłok myśli to po spotkaniu z tą Cyganką, która wyszła na drogę. Jak ona przeraźliwie krzyczała! Ludzie się poruszyli. Porządek, trzeba było zachować porządek. Niewiele się nauczyliśmy ostatniego czasu. Raz kazaliśmy mu odprawić tłum, to powiedział, że mamy ich nakarmić, wczoraj zabranialiśmy dzieciom podchodzić do niego, a on je wszystkie brał na ręce. Dziś ta kobieta. Pierwsza myśl – oczywiste! – niech jej każe odejść. Nawet na to przystał (hmm… nigdy nie wiadomo co powie i kiedy…). Nie za bardzo chciał z nią rozmawiać, bo miał inny plan, ale ona nagle, nie wiem jak, znalazła się przy jego stopach. Wyprosiła to, czego chciała. To wydarzenie nie dawało mi spokoju. Chodzimy po małym skrawku ziemi. W tym samym czasie, kiedy uzdrawia tę garstkę, musi sobie zdawać sprawę, że na całej ziemi takich ludzi jak ona jest tysiące tysięcy. Ta jedna Cyganka jest kroplą w morzu. W takim razie uzdrawianie nie było jego głównym celem. Rzuciłby wtedy całe to nauczanie i wędrowałby z miejsca na miejsce. Stałby się wtedy szamanem, wędrownym magikiem. Czy jego głównym celem było nauczanie? Gdyby tak było, to rzuciłby całe to uzdrawianie i popłynął do Grecji, tam było miejsce dla filozofów i myślicieli. Ma mało czasu, bo życie jest krótkie. W tym czasie niewielu uzdrowi, nie wszyscy usłyszą jego słowa. Ale to miało wystarczyć. Nawet swoją wędrówkę ogranicza tylko do małego obszaru. On chce z nami być tyle ile się da, byśmy mogli być później z innymi ile tylko się da. „Tak, chciałbym być zbawicielem” – co za utopia! Nawet moja śmierć niczego nie zmieni. Jego śmierć? To już zupełnie co innego.

 

tyle mnie nie ma, a tyle mogłoby mnie być…

 

 

Mateusz napisał:

 

Jezus odszedł stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Pewna kobieta kananejska, która pochodziła z tych stron, wyszła Mu naprzeciw i głośno wołała: „Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Zły duch bardzo dręczy moją córkę”. Ale On nie odezwał się do niej ani słowem. Uczniowie podeszli do Niego i prosili: „Opraw ją, bo krzyczy za nami”. On odpowiedział: „Przecież zostałem posłany tylko do owiec, które zginęły z domu Izraela”. Ona jednak podeszła, pokłoniła się i prosiła: „Panie! Pomóż mi!”. Lecz On odpowiedział: „Nie wypada zabierać chleba dzieciom i rzucać go szczeniętom”. Ona zaś rzekła: „Tak, Panie! Ale i szczenięta zjadają resztki, które spadają ze stołu ich panów”. Wtedy Jezus powiedział: „Kobieto! Wielka jest twoja wiara! Niech więc ci się stanie tak, jak chcesz”. I w tej samej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

 

„dorosłość”

Dzieci są szczęśliwe już przez sam fakt, że nie muszą się martwić. No właśnie. Tak się zamartwialiśmy wszystkim, że zabroniliśmy im podchodzić do niego. On się zajmował sprawami poważnymi. Sprawami nie tego, ale „tamtego” świata. Tak spoważnieliśmy, że zabranialiśmy rodzicom podchodzić z dziećmi.

 

„Nie przeszkadzajcie”.

 

Znów obuchem w głowę. Nawet Piotrek, który zwykle wyskakuje z jakimś pytaniem lub pomysłem, oniemiał. Tak się już przyzwyczailiśmy do jego obecności, że pozwalamy sobie na wiele. Czasem chyba na zbyt wiele. Odsunęliśmy się. Dzieci zaczęły do niego podchodzić. Patrzyłem na nie i pytałem siebie: „gdzie leży problem”? Nie zauważyłem tego, ale wydaje się, że zachorowaliśmy na chorobę, której na imię „dorosłość”. Główny syndrom: zatrzymanie się w rozwoju. Jakimkolwiek. Przecież tyle już wiemy, tyle przeszliśmy, tylu rzeczy się nauczyliśmy. Nieważne jaka jest jakość tego co mówimy, robimy i co z siebie dajemy. Swoje mamy za sobą. Zmęczeni życiem. Czas na „dorosłość”. Na minimum egzystencji. On próbuje wyrwać nas z tego „dorosłego” marazmu, stawia trudne pytania, jak dziecko, idzie w świat, jak dziecko, ufa, jak dziecko, nie martwi się o przyszłość, jak dziecko, czasem nawet wydaje się być naiwny, jak dziecko. Przede wszystkim chce mu się. Chce mu się żyć.
Spotkałem w życiu wielu wspaniałych ludzi. Nie, nigdy nie pozwolili sobie na to, by być dorosłymi! Ciągle idą do przodu. Uczą się na nowo wielu rzeczy, mimo tego, że co chwila nadchodzi jakieś „nowe pokolenie”, „nowe myślenie”, „nowe czasy”. Próbują zrozumieć. Wiedzą, że ich dawne doświadczenie nie jest jedyną odpowiedzią na to, co ich teraz spotyka. Potrafią przyznać się do błędów, czasem nawet przeprosić, gdy jest taka potrzeba.

 

Obym nigdy nie „dorósł”.

 

Gdy wszystkie dzieci wróciły do rodziców ruszył w drogę. Poszliśmy za nim.

 

 

Mateusz napisał:

 

Wtedy przyniesiono do Niego dzieci, żeby nałożył na nie ręce i modlił się, ale uczniowie stanowczo im zabraniali. Lecz Jezus powiedział: „Dopuście dzieci! Nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie, bo do takich jak one należy królestwo niebieskie”. I kładł na nie ręce. Potem odszedł stamtąd. (Mt 19,13-15)

Zawsze. Każdemu.

Piotrek nie bał się zadawać pytań. Czy pytał tak sam z siebie? Może coś go ruszyło po drodze. Gdy Piotrek zadał mu pytanie, wstrzymałem na chwilę oddech. Przebaczenie. On zawsze przebaczał, więc jego odpowiedź nie mogła być inna.

 

Przebaczać. Zawsze. Każdemu.

 

Nie rozumiem i nie wiem jak. Skąd on ma tyle siły, żeby przebaczać? Miał kilku poważnych wrogów. Co chwila ktoś nam mówił, że szykowana jest intryga, jakiś pretekst, żeby tylko mogli zrobić z nim porządek. Był niewygodny. Wiem, mówię o nim, bo uciekam przed tematem.

 

Przebaczać. Zawsze. Każdemu.

 

Opowiedział (znów uciekam przed tematem) nam historię, o tym jak jakiś król darował dług słudze (nie byle jaki, bo aż 340 ton złota!). Dług został anulowany. Ale ten zaraz poszedł i zaczął żądać od swoich znajomych zwrotu pożyczonych 100 denarów – przy tych tonach złota to śmiech na sali. Oczywiście mówiąc o królu mówił o swoim ojcu. Te tony złota to nie był jakiś tam gest. Zawsze jak mówił o ojcu, mówił na serio. Chciał wbić nam do głowy raz na zawsze, że jego ojciec właśnie taki jest. I wbrew obiegowemu powiedzeniu, że jak nie wiadomo o co chodzi… w tym przypadku na pewno nie chodzi o kasę.

 

Przebacza. Zawsze. Każdemu.

 

Dziś poszedłem na spacer. Kolejne dni, kiedy znów rozczarowuję się sobą. Nie ma happy endu. Przynajmniej na razie. Nie w tym temacie. Nie dziś. Podszedł do mnie, ale odwróciłem twarz i utkwiłem wzrok w ziemi. Dałem mu do zrozumienia, że chcę być na razie sam. Oddalił się, ale nieznacznie. Teraz czeka na odpowiedni moment na rozmowę. Zawsze szanował to, że potrzebowałem więcej czasu na zrozumienie pewnych spraw. Teraz też tak robi. Nic nigdy na siłę. Żadnej przemocy. Zna granicę, której nie wyczuwam czasem ja sam. Granicę mojej wolności. Ruszył w drogę, ruszyłem za nim.

 

 

Mateusz napisał:

 

„Wtedy podszedł Piotr i zapytał: „Panie, ile razy mam przebaczyć bratu, jeśli wobec mnie zawini? Czy aż siedem razy?”. Jezus mu odpowiedział: „Nie twierdzę, że siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego królestwo niebieskie podobne jest do króla, który postanowił rozliczyć się ze swoimi sługami. Kiedy zaczął to robić, przyprowadzono mu dłużnika, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego oddać, pan kazał go sprzedać wraz z żoną i dziećmi, i wszystkim, co posiadał. W ten sposób chciał odzyskać dług. Wtedy sługa upadł przed nim na ziemię i błagał: «Okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam». Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Gdy ów sługa wyszedł, spotkał innego sługę swego pana, który był mu winien sto denarów. Chwycił go, zaczął dusić i mówił: «Oddaj wszystko, coś winien». A on upadł na ziemię i prosił: «Okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam». On jednak nie chciał, lecz odszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Gdy inni słudzy dowiedzieli się o tym, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli o wszystkim swojemu panu. Wtedy pan wezwał go i powiedział: «Jesteś złym człowiekiem! Darowałem ci cały dług, bo mnie prosiłeś. Czy i ty nie powinieneś był zmiłować się nad swoim dłużnikiem, tak jak ja zmiłowałem się nad tobą?». I pan rozgniewany wydał go katom, dopóki nie odda mu całego długu. Podobnie postąpi z wami mój Ojciec, który jest w niebie, jeśli każdy z was szczerze nie przebaczy swojemu bratu”. Gdy Jezus skończył przemawiać, opuścił Galileę i drugim brzegiem Jordanu przybył do Judei”. (Mt 18,21-19,1)