Archiwum kategorii: lapidarium

To dział, w którym zapisuję okruchy świata, świata, który do mnie dotarł, ale w całości nie był w stanie się we mnie zapisać. Jedynie krótkie słowa, zdania, jakaś myśl. Nie znajdziesz tu moich przemyśleń, choć sam wybór tych słów i tekstów wiele mówią nie tylko o świecie, ale i o mnie. Dlaczego akurat to słowo? Dlaczego ta myśl? Ten obraz? Ta sama przeczytana książka obudzi w drugim człowieku inne skojarzenia. Ten sam obraz wzbudzi inne emocje. Tacy już jesteśmy.

I co widzisz?

– Tylko nie idź za szybko – upominał mnie, mogłoby się wydawać, że ze względu na swoją starość, lecz zaraz wyjaśniał: – Drugi raz już nie zrobisz tego samego kroku.

 

A każdy spacer zaczynał od tego, że po parunastu krokach od wyjścia z domu przystawał i kazał mi się rozejrzeć dookoła, po czym pytał:

 

– I co widzisz? No, tak wokoło siebie co widzisz? Rozglądnij się dobrze.

 

Więc rozglądając się, wymieniałem mu, co widzę, budynki, drzewa, płoty, ludzi, gołębie na dachu, chmury na niebie, ale nigdy nie przytaknął mi na potwierdzenie, tylko dalej pytał:

 

– A co jeszcze?

 

A kiedy już mówiłem, że już nic więcej nie widzę, nie odpowiadał mi, że jeszcze to czy tamto, tylko rzucał, to idziemy dalej, zostawiając mnie w dręczącej niepewności, że może coś tam przeoczyłem. Nieraz byłem gotów wrócić i rozejrzeć się, co przeoczyłem, lecz nie było powrotu, bo szliśmy dalej. Potem przystawaliśmy w nowym miejscu, niekoniecznie odległym od tamtego, lecz zmieniającym jedynie punkt widzenia, i znów mi się pytał:

 

– No, a tu co widzisz? Spokojnie się rozglądaj. Nigdzie nam się nie spieszy. Wyobraź sobie, że czekamy tu na kogoś, kto przyjdzie może za godzinę albo w ogóle nie przyjdzie, lecz mamy obowiązek poczekać na niego.

 

Kiedyś udręczony, że więcej już nie widzę, a ruszyliśmy właśnie dalej, zdobyłem się na odwagę i może nawet łamiąc przykazania matki, abym był posłuszny, zwróciłem się do niego prawie natarczywie:

 

– Pan mi powie, co tam jeszcze było, a czego nie widziałem.

 

– Nie wiem – odparł ku mojemu zdziwieniu.

 

[…]

 

– Widzisz – powiedział, kiedyśmy już odeszli od tamtego miejsca – tego, co ty widzisz, nikt inny nie widzi. Choćby widział dużo więcej.

 

 

Wiesław Myśliwski, Widnokrąg, wyd. Znak, Kraków 2007, s. 274.

(nie)obecność

Wspólnoty chrześcijan w Rzymie nie były założone przez Pawła. Do tej pory nie wiemy kto je tam zakładał. Dlatego list Pawła, który dziś znamy jako ΡΟΜΑΙΥΣ, czyli „do Rzymian”, jest dla niego wyjątkowym. Kilka uwag/ciekawostek dotyczących pierwszych wersetów tego listu.

 

*

Paweł nazywa siebie sługą (δουλος) Jezusa Chrystusa, co można tłumaczyć również jako „niewolnik”. Paweł nie myśli o ludziach w kategoriach  „wolni” i „niewolnicy/słudzy”. Wszyscy dla niego są niewolnikami. Jedni są sługami grzechu, który prowadzi do śmierci, a drudzy są sługami wiary, która prowadzi do usprawiedliwienia. Mówienie o tym, że nikt tak naprawdę nie jest wolny (w takim sensie absolutnym) jest już banałem, więc temat ten zostawiam.

 

**

Paweł nazywa siebie również apostołem. Nie nadużywa tego tytułu. Apostołem nazywany jest przez Łukasza Barnaba (Dz 14,14), a sam Paweł używa tego tytułu wobec Andronika i Juniasa (Rz 16,7).

 

***

Nadawcę (Rz 1,1) z odbiorcami (Rz 1,7) dzieli „odległość” aż sześciu wersetów. Przesadą będzie jak powiemy, że nawet „topografia tekstu” ukazuje dystans dzielący Pawła i rzymskie wspólnoty. Choć to przesada, jednak wydaje się być ona interesującą. Pawłowi uwiera jego nieobecność, dlatego w kolejnych wersetach (w. 10-13 i 15) wspomina o potrzebie „obecności” fizycznej w Rzymie. W jakimś sensie Paweł dociera do Rzymu poprzez ten list, jednak mu to nie wystarcza. Moglibyśmy określić tę dynamikę za pomocą słów „nieobecność-obecność”, po grecku apousia-parousia (απουσια-παρουσια). Na pewno paruzja już nam dzwoni w uszach. Jednak tutaj to tylko techniczny zabieg. Te dwa terminy w tych pierwszych wersetach oczywiście nie występują. Aby zmniejszyć dystans Paweł stosuje zabieg retoryczny zwany captatio benevolentiae, mianowicie chwali ich wiarę, mówiąc że jej sława niesie się po całym świecie. Miło. Aby jeszcze bardziej się im przypodobać pisze: „nieustannie o was pamiętam” (w. 9). Trudno mówić o pamięci kogoś kogo się jeszcze nie spotkało, ale dzięki tej hiperboli Paweł nawiązywał pozytywną więź. Widać był nie tylko dobrym retorykiem, ale i dyplomatą.

 

****

W świetle znanych nam słów o zakazie przysięgania na Boga z Mt 5,33-37 oraz Jk 5,12 może nas dziwić, że Paweł powołuje się na Boga jako świadka (w. 9).

 

*****

Jeszcze na koniec skoczmy, nomen omen, na koniec tego listu. Rozdział 16 zaczyna się od słów: „Polecam wam naszą siostrę Febę, która pełni posługę Kościołowi w Kenchrach. Przyjmijcie ją w Panu, jak przystoi świętym. Zaopatrzcie ją też we wszystko, czego mogłaby od was potrzebować, bo i ona była pomocą dla wielu, także dla mnie samego.” W czasach Pawła listy nie były przekazywane przez przypadkowe osoby. Miały one nie tylko list dostarczyć, ale i go przeczytać. Nie zapominajmy, że analfabetyzm w tamtych czasach był czymś powszechnym. Mało tego. „Listonosz” miał pełny autorytet od nadawcy do tego, by wyjaśnić treść listu. Chyba nie trzeba dużo wyjaśniać jak szokujące musiało być dla tamtejszej wspólnoty to, że list dostarczyła Febe, kobieta z Kenchrów.

 

 

List do Rzymian 1,1-17

1 Paweł, sługa Chrystusa Jezusa, powołany na apostoła, wybrany do głoszenia Ewangelii Boga,
2 zapowiedzianej od dawna przez proroków w Pismach Świętych.
3 Jest to Ewangelia o Bożym Synu, Jezusie Chrystusie, Panu naszym. Według ciała – pochodził z rodu Dawida.
4 Według Ducha Świętości  – przez powstanie z martwych został ukazany pełnym mocy Synem Bożym.
5 Przez Niego otrzymaliśmy  łaskę i posłannictwo, aby dla Jego imienia wzywać wszystkie narody do przyjęcia wiary .
6 Wśród nich jesteście i wy – powołani Jezusa Chrystusa.
7 Wszystkim przebywającym w Rzymie, przez Boga umiłowanym , powołanym i świętym, niech będzie łaska i pokój od Boga, naszego Ojca, i od Pana Jezusa Chrystusa.
8 Najpierw  dziękuję mojemu Bogu przez Jezusa Chrystusa za was wszystkich, ponieważ o waszej wierze mówi się szeroko po świecie .
9 Bóg, któremu służę w duchu przez głoszenie Ewangelii Jego Syna, jest mi świadkiem , że nieustannie o was pamiętam .
10 Proszę zawsze w moich modlitwach, abym – jeśli taka będzie wola Boża – mógł kiedyś szczęśliwie do was przybyć.
11 Pragnę was przecież zobaczyć, by podzielić się z wami duchowym darem  dla waszego umocnienia,
12 a raczej dla wzajemnego pokrzepienia wspólnie posiadaną wiarą, waszą i moją.
13 Wiedzcie też, bracia, że wiele razy zamierzałem przybyć do was, aby również u was zebrać jakieś owoce, podobnie jak u innych, ale aż dotąd ciągle pojawiały się przeszkody.
14 Jestem przecież dłużnikiem Greków i barbarzyńców, uczonych i nieuczonych.
15 Dlatego bardzo pragnę także wam, mieszkańcom Rzymu, głosić Ewangelię.
16 Bo ja nie  wstydzę się Ewangelii. Ona jest mocą Boga dla zbawienia każdego, kto wierzy: najpierw Żyda, potem Greka.
17 W niej bowiem sprawiedliwość Boga objawia się dzięki wierze dla wiary, jak jest napisane: sprawiedliwy dzięki wierze żyć będzie.

 

 

p.s. Z tych 17stu pierwszych wersetów najważniejsze są te dwa ostatnie, ale o tym innym razem ;)

heliografia

Susan Sontag, O fotografii, wyd. Karakter, Kraków 2009.

 

Fotografia stała się jednym z najważniejszych wynalazków umożliwiających doznanie czegoś, tworzących pozory uczestnictwa. (17)

 

Wszystkie fotografie mówią: „Memento mori”. (23)

 

Fotografia to zarówno pseudoobecność, jak i świadectwo nieobecności. (24)

 

W gruncie rzeczy aparat zamienia każdego człowieka w turystę wędrującego po rzeczywistości innych ludzi, a ostatecznie także po własnej. (66)

 

 

IMG_2196

 

[…] dystans, który fotografia narzuca, a zarazem zmniejsza: dystans społeczny i dystans w czasie. (67)

 

Fotograf to ktoś par excellence współczesny. W jego oku »teraz« przechodzi w »kiedyś«. (77)

 

[…] poczucie natychmiastowego uczestnictwa. (85)

 

 

IMG_2215

 

Ostatnia Wieczerza Leonarda w Mediolanie dziś raczej nie wygląda lepiej niż dawniej , prawdę mówiąc, wygląda okropnie. Fotografie, gdy niszczeją, drą, plamią, gną, odbarwiają, wciąż wyglądają dobrze, a nawet lepiej niż w chwili powstania. (90)

 

[…] to nieskończenie ponętna, przejmująco redukcyjna metoda radzenia sobie ze światem. (91)

 

Zdjęcia tworzą piękno i – przez pokolenia fotografujących – zużywają je. (94)

 

Ci, którzy są przesyceni obrazami, uważają zapewne, że zachodu słońca są ckliwe; niestety, zanadto przypominają już zdjęcia. (95)

 

Z chwilą […], gdy ludzie zaczęli myśleć fotograficznie, przestali mówić o tak zwanym fotograficznym zniekształceniu. (108)

 

[…] rzeczywistość jest pluralistyczna, fascynująca i do wzięcia. (121)

 

 

IMG_2206

 

[…] dzięki aparatowi wszystko można uczynić interesującym. (121)

 

[…] powołanie fotografii jest „objaśnianie człowieka człowiekowi”. (122)

 

[…] fotografia jest sztuką, gdyż potrafi kłamać. (137)

 

W 1850 roku Delacroix zanotował w swoim dzienniku, że w Cambridge odniesiono sukces w pewnych „doświadczeniach” polegających na fotografowaniu Słońca i Księżyca przez astronomów, którym udało się nawet uzyskać obraz gwiazdy Alfa wielkości główki od szpilki. Delacroix dorzucił następujące „dziwne” spostrzeżenie: światło sfotografowanej gwiazdy przebywa w dwadzieścia lat przestrzeń, która dzieli ją od Ziemi. A zatem promień, który utrwalono na płycie, opuścił sferę niebieską na długo, zanim Daguerre odkrył sposób, który pozwolił mu dokonać tego doświadczenia. (165)

 

Niépce nazwał utrwalanie obrazu na płytce heliografią – „pismem słonecznym” […]. (169)

 

 

IMG_1867

 

Potęga fotografii doprowadziła do deplatonizacji naszego rozumienia świata, sprawiając, że coraz mniej prawdopodobna jest refleksja nad naszym doświadczeniem oparta na rozróżnieniu między obrazami a przedmiotami rzeczywistymi, kopiami a oryginałami. Dla negatywnego nastawienia Platona do obrazów typowe było porównywanie ich do cieni – przemijalnych, nieprzydatnych w zdobywaniu wiedzy, niematerialnych, bezsilnych towarzyszy przedmiotów rzeczywistych, których są odbiciem. Jednak siła obrazów fotograficznych wynika stąd, że sama fotografia jest materialną rzeczywistością, bogatym złożem informacji pozostawionym przez to, co ją utrwaliło, znakomitym sposobem odwracania sytuacji na niekorzyść rzeczywistości – sposobem zmieniania rzeczywistości w cień. Obrazy są bardziej realne niż mogliśmy przypuszczać. (190)

 

nieprzewidywalny

Cóż to takiego łaska? Mówimy: to dar darmo dany. Dar dany darmo, a więc dar nieprzewidywalny.

*

Duch Boży wieje, kędy chce, udziela łaski wybranym. Jego działanie przewidzieć się nie daje. Oto okazuje się, że to, co w życiu człowieka najbardziej istotne, najbardziej zasadnicze, jest też nieprzewidywalne. Tym czymś jest Dobro.

*

Objawić można coś tylko temu, kto myśli, kto widzi, kto słyszy.

*

Co zrobić, żeby łaska do człowieka trafiła? Odpowiedź jest prosta: w gruncie rzeczy nie robić nic. Ale to „nierobienie niczego” jest zarazem robieniem czegoś. Mówi się tutaj o „otwarciu”. Kiedy człowiek się otwiera, w gruncie rzeczy nie robi nic, zaprzestaje wszelkiej działalności.

 

 

Pozwól Bogu działać, ks. Józef Tischner, Tygodnik Powszechny nr 01-02/2016.

słowa patrzą na nas

Wpadła mi w ręce po wielogodzinnym przeglądaniu książek w jednej z krakowskich księgarni. O ile „Smutek Aniołów” z początku lipca nie dawał mi żadnej nadziei, bohaterów czekała tam jedynie śmierć, to tym razem było inaczej. To prawda, Jalo przechodzi przez piekło, ale w tym piekle tli się nadzieja. Jalo żyje. Nie tak jak wczoraj, żyje już inaczej. Żyje inaczej, ponieważ zmuszony przez śledczych spisał historię swojego życia. Robi to kilka razy na nowo, schodząc coraz głębiej.

Poznajemy jego rodzinę. Poznajemy jego słabości. Poznajemy okrucieństwo wojny. Poznajemy bezwzględność śledczych.

Jego dziadek, ksiądz (kohno) z syryjskiego Kościoła, od czasu do czasu niczym mędrzec z Księgi Syracha, poucza swojego wnuka, nazywając go przez zawiłości rodzinnej historii swoim synem. Przenosi nas w świat wiary, tam gdzie świat widzialny kruszy się na naszych oczach. Kruszy się tradycja. Kruszą się losy naszych bohaterów. To właśnie jego słowa pojawiają się najczęściej w tym lapidarium. Bo podłości śledczych wobec Jalo nie da się tu zacytować.

„Życie jest dość proste, człowiek nie.” Ten islandzki cytat ze „Smutku…” pasuje i do historii Jalo. Dodałbym jedynie – dopóki nie nadejdzie wojna.

 

Iljas Churi, Jalo, Karakter, Kraków 2014:

 

Człowiek, mój synu, jest słaby wobec słowa. To dlatego Bóg Ojciec nie mógł nadać swojemu Synowi imienia innego niż Słowo. Czymże jest Słowo Boże? Bożą tajemnicą i Bożą prawdą. Twój syn jest twoim słowem. Ty, synu, jesteś moim. Bądź moim słowem, jak Syn był słowem Ojca. (s. 54)

 

Mówił, że morze kończy się w niebie. „Niebo jest przedłużeniem morza, synu, a morze – zwierciadłem świata”. Afrem bowiem, choć wierzył w kulistość Ziemi i wszystkie inne odkrycia nauki, o których Jalo uczył się w bejruckiej szkole świętego Sewera, uparcie twierdził, że między morzem a niebem istnieje szczególny związek. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że Duch Boży unosił się nad wodami? Jak wytłumaczyć opowieść o proroku Jonaszu, który spędził trzy dni w brzuchu wieloryba, a potem wyszedł na brzeg cały i zdrowy? Afrem uczył, że przypowieść o proroku Jonaszu to nic innego jak symbol śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Ale symbole nie byłyby możliwe, gdyby Boga i morza nie łączyło coś szczególnego. (76)

 

– Słuchaj, synu – mówił rano dziadek, wychodząc z kościoła – bądźcie oboje za pół godziny na mszy, nie spóźnijcie się. I żebyś mi niczego nie brał do ust, komunię trzeba przyjąć na czczo. Nie wolno przystępować do komunii po jedzeniu, to grzech. Ja wiem wszystko. Bóg wie wszystko.

Ale Jalo ukradkiem podjadał ciastka z kredensu, a potem dokładnie szczotkował zęby, żeby usunąć zapach z ust. Później szedł z matką do kościoła, gdzie zapadał w głęboki sen. Jalo nigdy nie był obecny nawet na jednej mszy w całości, ponieważ jak tylko wchodził do kościoła, oczy mdlały mu od woni kadzidła i zasypiał w ławie obok matki, budząc się tylko po to, by ustawić się z innymi przed ołtarzem, przyjąć chleb i wino i poczuć smak krwi na języku.

Na wojnie, brodząc we krwi po kolana, czuł to samo: smak soli zmieszany ze słodyczą rachatłukum i przesycony białą mgłą zapach morza, którymi upijał się i z których nie trzeźwiał.

Kiedy wracał do domu, matka mówiła, że śmierdzi krwią. Całując go, zatykała sobie nos palcami.

– Nie znoszę zapachu krwi. A ty unurzałeś się w niej po kolana.

Jalo odpowiadał jej, że krew smakuje jak miód.

– Czemu boisz się krwi? – mówił. – Przecież twój świętej pamięci ojciec co niedzielę lał ją na mszy do kielicha, pił i obdzielał nią ludzi?

– Zamilcz! Oby Bóg ci wybaczył te słowa! Tamto, synu, to nie była krew, tylko symbol.

– I to też, mamo, nie jest krew, tylko symbol.

– Niech Bóg ci odpuści, synu, a mnie razem z tobą!

– Ja, jak mój dziadek, walczę symbolem.

– Nic nie wiesz o dziadku, o symbolach i o życiu. Myślisz, że życie to zabawa. Ty i ci twoi koledzy… Niech Bóg nas przed wami broni! (78)

 

W okresie gdy sen zdjął z niego swą moc, dziadek mawiał, że czuje, jak jego język umiera w jego ustach. Stawał pod ikoną Jezusa ukrzyżowanego i mówił: „Boże mój, twój język jest martwy. Jak mogłeś dopuścić do tego, by umarł twój język? Wyczuwam językiem smak śmierci. Kto po mnie będzie się modlił tak, jak ty się modliłeś: Abun d-ba-szmajo, neskadassz szmoch, tise malkusoch, nehwe sebjonoch ajkano d-ba-szmajo of b-aro. Hab lan lahmo d-sunkonan jaumono wa-szbuk lan haubajn wa-htohajn ajkano d-of hnan szbakan l-hajobajn w-lo telan l-nesjuno elo fason men biszo. Metul d-diloch hi malkuso w-hajlo w-teszbuhto l-olam olmin, amin*. Jak mamy się modlić, Jeszu, jeśli słowa umierają? Czuję, jak lęgnie się w nich robactwo, jakbym w ustach miał cmentarz. Twój język umiera, a ty nic nie robisz. Z kim będziesz mówił podczas twego powtórnego przyjścia? Na świecie nie został już nikt, kto potrafiłby cię zrozumieć, oprócz mnie. Ale mnie moc opuściła i śmierć już blisko. Co zrobisz, kiedy umrze twój sługa Afrem? (85)

*Modlitwa Ojcze nasz…

 

Nie mów mi, że świat się zmienił, synu – powiedział mu kiedyś dziadek. – Cokolwiek było i będzie, nic się nie zmieniło. Jedyny prawdziwy wynalazek człowieczy to chleb. Pokażcie mi inny wynalazek, a uwierzę, że świat się zmienił. Świat się nie zmienił, dalej jest okrągły jak placek chleba. Wszystko, mój synu, jest jak dawniej, tylko smak w moich ustach zmienił się, nie wiem czemu, żuję przecież co dzień kadzidło i żywicę. Wszystko przez to, że sen zdjął ze mnie swą moc. W życiu, mój synu, ważne są tylko dwie rzeczy: sen i chleb. Taka jest nasza wiara. Chrystus, który jest ziarnem pszenicznym, umarł, ażeby zmartwychwstać, i przemienić śmierć w sen. Człowiek śpi, śpi co noc, żeby przyzwyczajać się do śmierci. Kiedy moc snu cię opuści i przestaniesz łaknąć chleba, to znak, że prawdziwa śmierć blisko. Czym różni się jedno od drugiego? Niczym. Śmierć jest jak sen. Śpiąc, śnimy, i w śmierci także będziemy śnić. (88)

 

– Ale, proszę pana… ona nie powiedziała całej prawdy.

– A co jest prawdą? – zapytał śledczy. – Powiedz mi, bardzo proszę.

– Prawdą jest to, że nikt nie zna prawdy prócz Boga – powiedział Jalo. (89)

 

„Słowa to oczy – mówił kohno wnukowi, otwierając księżkę, na której uczył go podstaw pisma syriackiego. – Przypatrz się dobrze słowom, chłopcze. A dowiesz się, dlaczego ludzi tak absorbuje czytanie, i zrozumiesz, że to słowa patrzą na nas. Słowa widzą i oddychają”.

Wojna wszelako nauczyła Jalo, że trzeba wierzyć własnym oczom, nie oczom słów. Ze słowami Jalo pojedna się dopiero w areszcie, kiedy śledczy nakaże mu napisać historię całego swojego życia, od początku do końca, i to nie jeden raz. Wtedy odkryje, że dziadek miał rację; że słowa, kiedy się je pisze, patrzą na piszącego, rozmawiają z nim i same mu narzucają co ma pisać.

Wojna jednak prócz rozlewu krwi przyniosła też rozlew słów. Jak lała się krew, tak lały się słowa i ludzie przestali wierzyć czemukolwiek, i krwi, i słowom. (92)

 

W podobnych momentach kohno wykładał wnukowi swoją filozofię książek. Uważał, że książki są jak ikony, że są oknami, przez które widać wieczność. Kto je otwiera, ogląda inny świat.

– Ale nie wszystko widać. Widzimy tylko fragmenty, jakbyśmy podglądali.

– Książek, dziadku, się nie podgląda. Podgląda się kobiety.

– Synu, książki są piękniejsze od kobiet. Co ty możesz wiedzieć o książkach i o kobietach. (110)

 

– Człowiek, moje dziecko, w życiu przechodzi dwa chrzty. Pierwszy w dzieciństwie, wtedy jest chrzczony wodą. Drugi na starość, wtedy jest chrzczony łzami. Ja wiem, że właśnie jestem chrzczony, na odejście do matki.

– Obyś szybko wydobrzał, dziadku.

– Nie chcę odchodzić, ale pójdę. A to jest właśnie znak, znak Ismaela, moje dziecko. Ismael to przodek Arabów, lecz także Asyryjczyków, tylko że Arabowie nic o tym nie wiedzą. Ismael to pierwszy człowiek, który był ochrzczony. Porzucony na pustyni sam z matką, Hagar, został ochrzczony łzami. Bóg zesłał mu wodę i nie dał mu umrzeć z pragnienia. A wiesz dlaczego? Bo Ismael płakał. Woda wzięła się z łez, a woda to życie: „i stworzyliśmy z wody każdą żyjącą rzecz”*, jak napisano. Kiedyś tego nie wiedziałem. Ale powiedział mi to pewien maronicki ksiądz imieniem Joachim. Lubił przychodzić do mnie, żeby porozmawiać w surjojo. Mówił, że w tej krainie nie został już prawie nikt, kto by znał język Chrystusa. Tak więc on ćwiczył ze mną język, a ja słuchałem opowieści. Dobry Boże, ile on znał opowieści! Wiesz, że ja właściwie jestem kaflarzem, który się wyuczył i skończył teologię. On studiował w Rzymie i znał więcej historii o Chrystusie, niż spisano w Ewangeliach. Od niego dowiedziałem się o chrzcie łez. Powiedział mi, że również muzułmanie zostali ochrzczeni – łzami Ismaela. W ten sposób uspokoił mnie co do mułły, nich Bóg my błogosławi. (126)

 

– Umarł ze strachu, nie od kuli – powiedział Aleksiej. – Jak się umiera, to od śmierci. Umiera się ze strachu. Ty tak samo, umrzesz tylko przez swoje tchórzostwo. (138)

 

Chciało mu się śmiać, ale płakał jak reszta. Tamtego dnia zrozumiał, że śmiech współistnieje z płaczem i że trudno odróżnić jedno od drugiego, bo mieszają się z sobą od początku świata. Oba przychodzą i odchodzą nagle. Oba przychodzą po to, by wypełnić pustkę w duszy. (142)

 

Ubranie nie powinno zakrywać ciała, ubrania robi się po to, żeby były jego przedłużeniem. Na tym polega sekret krawiectwa i właśnie dzięki temu szycie jest sztuką. (241)

 

Na końcu napisał, że wszystkie myśli są kradzione i że czas schodzi ludziom na okradaniu się z myśli. (262)

 

Jej miłość przywróciła mi życie, ale też wywierciła w moim sercu studnię, której nic nie mogło zapełnić. (267)

 

Wymyślał dla niej opowieści, żeby podtrzymać miłość. Słowa bowiem to łoże miłosne, na którym kładą się zakochani. (293)

 

Co ja zresztą będę o tym opowiadał, jeśli do tej pory nie wiem, co to za różnica, czy człowiek jest Asyryjczykiem czy Arabem. Człowiek to człowiek, wszyscy pochodzimy od Adama, a Adam powstał z gliny. Po co te wszystkie cyrki? Nie rozumiem udręki dziadka, który widział w swoich ustach grób mowy Chrystusowej. Bzdura! Czyżby Chrystus nie znał arabskiego, greki i łaciny? (304)

 

Uważam, że w dziejach ludzkości była i będzie tylko jedna dziewica – Najświętsza Maryja Panna, Matka Boża, i że kobieta nie potrzebuje dziewictwa, bo Maryja była dziewicą za wszystkie kobiety świata. (310)

 

Każdy jest narzędziem, proszę Pana. Nikt nie istnieje sam w sobie i sam dla siebie. Po co więc Bóg nas stworzył? Czy po to, żebyśmy cierpieli i zadawali cierpienia? W odróżnieniu ode mnie Jalo uważa, że życie nie ma sensu. Jalo odkrył jakby inny sens życia, którego nikomu nie chce wyjawić. Nawet ja go nie znam. Przybliżam się do niego i czytam mu. Przez moment spogląda na mnie, potem jednak odwraca twarz i wraca do swojego odrębnego świata, który zabiera go nie wiem dokąd. Jalo odkrył, proszę Pana, że człowiek może istnieć tylko wtedy, gdy znajdzie się na samym dnie. Tam, na dole, nikt już nie jest niczyim narzędziem. Tam człowiek staje się barankiem zarżniętym za ludzkość, a jego duch unosi się nad światem, bo jest już wolny. Ja jednak boję się o niego. Piszę, bo się o niego boję. (336)

Kościół Kobiet

Zacząłem pisać mój krótki komentarz po przeczytaniu kolejnej książki i napotkałem na trudności. Bo sam widzę, że temat miejsca kobiet w Kościele nie jest przeze mnie dobrze przepracowany i ze wstydem muszę przyznać, że nigdy się nad nim dłużej nie zastanawiałem. Uświadomienie sobie tego jest pierwszym sukcesem tej lektury. Jak sama autorka wpisała mi się w dedykacji, że to dość nietypowy prezent z okazji święceń, jak widać okazał się być strzałem w dziesiątkę. „Kościół Kobiet” Zuzanny Radzik czyta się bardzo dobrze. Do tej pory była to dla mnie terra incognita.

Jestem pod ogromnym wrażeniem wszystkich spotkań i rozmów Zuzanny z kobietami, które zaangażowały się na rzecz teologii kobiet i przekładania jej na społeczne zaangażowanie pomocy zepchniętym na margines. Pytałem się przy okazji siebie, czemu teologia we mnie tak mało pobudza mnie do wyjścia do ludzi. Świadectwo kobiet feministek, zaangażowanych w pomoc najuboższym nie raz zawstydziło mnie podczas czytania.

Ważnych pytań o miejsce kobiet w Kościele jest wiele w tej książce. Myślę jednak, że zanim pytania z książki dotrą do świadomości czytelnika, najpierw ten musi się zmierzyć, według moich codziennych obserwacji, z przeklętym kręgiem natychmiastowego stanięcia po którejś ze stron, z koniecznością bycia „za lub przeciw”, tego dwubiegunowego świata, który każe nam zabarykadować się po którejś stronie konfliktu. „Kościół Kobiet” to dobry test na ten przeklęty krąg, chorobę, która niejedną rozmowę na ważny temat zniżyła do pułapu inwektyw i wzajemnych oskarżeń o wszystko co się da.

Książka obudziła we mnie własne historie i wspomnienia, oraz refleksje gdzie tematem była kobieta.

Oto dwie z nich.

O samym poziomie dyskusji niech świadczy moja krótka wymiana zdań, w „jednej z” zakrystii, z „jednym z” księży (no names, no scandals). Jakimś dziwnym trafem zeszło na temat święceń kobiet. Ksiądz podsumował swój sprzeciw wobec udzielania święceń kobietom parafrazując słowa „jednego z” wykładowców w „jednym z” seminariów w Polsce: sprawa święceń, to sprawa ją**r! Oniemiałem i już miałem powiedzieć: „Myślałem, że w obrzędzie święceń biskup nakłada swe ręce na głowę święconego, nie na jego j…”, ale w czas ugryzłem się w język i wycofałem z tej bezsensownej wymiany zdań.

Ostatnie strony „Kościoła Kobiet” poświęcone są Maryi. Czytając o odrealnionym obrazie Matki Jezusa przypomniały mi się wykłady z mariologii. Pamiętam moje zniesmaczenie, kiedy uczyliśmy się o sporach związanych z potrójnym dziewictwem Maryi – przed, w trakcie i po narodzeniu Jezusa. Zastanawiałem się wtedy, czy debatujący o tak intymnych sprawach Maryi mieliby śmiałość zapytać ją o to osobiście.

Wszystkich, którzy kochają, gdy stawia się im trudne pytania, na które od razu nie muszą znajdować odpowiedzi, zapraszam do lektury. Szczególnie mężczyzn, bo kobiety o tym, co pisze Zuza, wiele wiedzą. Nie musisz się zgadzać, nie musisz się nie zgadzać, ale myślę, że dobrze jest na sam początek spokojnie wysłuchać. A jest czego. Nie wdaję się w polemikę. Bo i teolog ze mnie słaby, a jedna książka w temacie to za mało, by coś sensownego napisać od siebie. Tym bardziej, że poruszone tematy wciąż we mnie pracują. Zachęcam do czytania. Na facebooku powstała strona poświęcona książce.

Na koniec moje krótkie lapidarium (ze względu na to, że w książce pozaznaczałem sobie czasem dość duże fragmenty, będzie tutaj tylko kilka krótszych, które przykuły moją uwagę):

 

Zuzanna Radzik, Kościół Kobiet, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

Jeszcze nie tak dawno o kobiecie przy ołtarzu nie mogło być mowy. Czytałam nawet gdzieś u moralisty Bernarda Häringa, że w 1949 roku Watykan wydał zaaprobowaną przez papieża instrukcję, która mówiła, że teologowie moralni są zgodni co do tego, iż kobieta zbliżająca się do ołtarza, z wyjątkiem momentu procesji do komunii, popełnia grzech ciężki. (84)

Doskonale pamiętam, gdy jako studentka pierwszego roku teologii przeczytałam przetłumaczony przez starszego kolegę fragment książki Elisabeth Johnson o obrazie Boga jako kobiety, która jest w ciąży. Bóg jako matka, który(a) nosi w swoim łonie całe stworzenie. Można tak myśleć i pisać! Dopiero parę lat później udało mi się zdobyć wyświechtany egzemplarz She Who Is (Ta która jest), książki, w której Johnson pisze właśnie o kobiecych obrazach Boga. (97)

O metaforach Boga pisze, że gdy stają się martwe, są świetnymi bożkami. (98)

Pamiętasz przypowieść o kobiecie szukającej szekli, która pojawia się zaraz po figurze dobrego pasterza? Zauważ, jak mocno jest w ikonografii obecny dobry pasterz, a gdzie jest ta kobieta. (98)

Znasz metaforę, że Kościół jest jak arka? A my działamy inaczej – dryfujemy w morzu. Od czasu do czasu wchodzimy na pokład, odpoczywamy, dzielimy się doświadczeniami i wracamy do morza. Bo ludzie w tym morzu nas potrzebują. Problemem jest to, że najczęściej przywódcy Kościoła nawet nie próbują wchodzić do tego morza. Myślę, że właśnie to próbuje nam przekazać papież Franciszek: «Właźcie do morza!». (135)

„Czemu siostra to wszystko robi, skąd zaangażowanie w feminizm?” – pytam. „Bo jestem kobietą” – odpowiada bez wahania. I dodaje: „Zawsze mówię, że jako zakonnice powinniśmy być tu awangardą, bo swoim życiem pokazujemy, że da się żyć bez mężczyzn. Myślę, że udane życie bez mężczyzn pozwala nam inaczej spojrzeć na relacje między kobietami a mężczyznami”. (141)

Pytana o powody wstąpienia do zakonu siostra Mary John zawsze odpowiada: „Nie pytaj, czemu wstąpiłam, bo miałam dziewiętnaście lat, a od jedenastego roku życia byłam w szkole sióstr, więc powodem wstąpienia była inercja. Spytaj mnie, czemu wciąż tu jestem. Po prostu z czasem znajdowałam coraz więcej powodów”. (141)

„Niegdyś twórcami teologii byli wykształceni mężczyźni, a w Kościele katolickim wykształceni mężczyźni żyjący w celibacie. Ich sposób widzenia świata kształtował teologię” – potwierdza moje intuicje nestorka feministycznej teologii, siostra Elizabeth Johnson. „Są w tej teologii rzeczy zachwycające, które uwielbiam! Jednocześnie jednak inne doświadczenia Boga zostały wyrzucone poza nawias, a wiele istotnych pytań w ogóle nie pada. To jest punkt widzenia uprzywilejowanej grupy. Zupełnie inny nić ten, z którego można patrzeć i tworzyć teologię, jeśli słucha się głosów i bazuje na doświadczeniach ludzi nieuprzywilejowanych, tych, których uciszano. A czy Jezus nie wychodził właśnie do ludzi z marginesu?” (159)

„Nie lubią mnie, bo za dużo mówię” – tłumaczy Virginia. „Kobiety w Kościele zbyt długo milczały. Jesteśmy przez chrzest prorokami i kapłanami, i musimy mówić, jeśli widzimy, że dzieje się coś złego”. (205)

Dlatego Tamez, podobnie jak jej koleżanki uprawiające teologię w perspektywie womanist, sięga po postać biblijnej Hagar, a nie Sary czy Estery. To coś w rodzaju procesu nowej inkulturacji Biblii, odrzucenia kolonialnych obrazów i próby czerpania z niej bezpośrednio, tak by stawała się źródłem siły i pocieszenia. To z Hagar, jej odrzucenia, bycia niewolnicą, ale też wymuszoną przez trud życia zaradnością identyfikują się teolożki womanist i mujerista. Niewolnica, traktowana jak obiekt seksualny i matka surogatka, rodząca i wychowująca dzieci w zastępstwie innej kobiety – to doświadczenia ich matek i babek, a czasem także ich samych. (210)

Wszystkie feministyczne teolożki używają doświadczenia kobiet jako narzędzia tworzenia teologii. Ale czy istnieje coś takiego jak jednolite doświadczenie kobiet? Czy na pewno mówicie o naszym doświadczeniu? – pytały siebie nawzajem. […] Z czasem pojawiały się pytania międzypokoleniowe. Młode teolożki pytały starsze koleżanki: czy jesteście pewne, że mówicie w naszym imieniu? (211)

Na koniec zauważa przytomnie: „Masz z nami problem, prawda? Niezupełnie to kupujesz. Notuj te myśli, bo taki sam, a pewnie jeszcze większy problem będą mieli twoi czytelnicy”. (252)

poprzez obraz i w zagadce

Wiem, dobrze to wiem, że chyba wszyscy mają tę książkę już za sobą. Ja dopiero teraz. Nie żałuję, że tak późno. Po filozofii i teologi łatwiej było przebrnąć przez dłuższe dialogi bohaterów „Imienia Róży” Umberto Eco. Od „Katedry w Barcelonie” Ildefonso Falcones, żadna z książek mnie tak nie wciągnęła, i to do tego stopnia, że siedmiogodzinna podróż pociągiem wydała mi się zbyt krótką… Niech to krótkie lapidarium powie za mnie to, co mógłbym napisać w moim marnym komentarzu do tej genialnej „permutacji alfabetu”:

[…] piękno kosmiczne dane jest nie tylko przez jedność w rozmaitości, ale także przez rozmaitość w jedności. (31)

Machiny, powiadał, są dziełem sztuk, które małpują naturę, naśladując nie jej formę, lecz czynności. (32)

W ciągu całej podróży uczę się rozpoznawać znaki, przez które świat do nas przemawia niby wielka księga. (40)

[…] znaków oraz znaków znaków używa się tylko wtedy, gdy brak jest samej rzeczy. (48)

Opactwo bez ksiąg jest jak państwo bez potęgi, zamek bez załogi, kuchnia bez sprzętów, stół bez potraw, ogród bez ziół, łąka bez kwiatów, drzewo bez liści. (59)

Malarstwo jest literaturą dla ludu. (66)

Jedna tylko rzecz podnieca zwierzęta bardziej niż rozkosz, a jest nią ból. Na mękach czujesz się jak we władzy ziół, które dają wizję. Wszystko, coś zasłyszał, coś czytał, wraca ci do głowy, jakby uniesiono cię, lecz nie do nieba, ale ku piekłu. Na mękach powiadasz nie tylko to, czego chce inkwizytor, ale też to, co w twoim mniemaniu może być mu miłe, by ustanowiła się więź (o tak, doprawdy diabelska) między nim a tobą… (91)

Tak, jest bowiem lubieżność bólu, jak jest lubieżność wielbienia, a nawet lubieżność pokory. Skoro tak niewiele wystarczyło zbuntowanym aniołom, by zmienić żar uwielbienia i pokory w żar pychy i buntu, cóż powiedzieć o istocie ludzkiej? Ta właśnie myśl przyszła mi do głowy w toku inkwizytorskich poczynań. I dlatego wyrzekłem się tego działania. Nie mam dość odwagi, by badać słabości niegodziwców, bo odkryłem, że te same słabości mają święci. (92)

Nie buduj zamku podejrzeń na jednym słowie. (99)

Trzy bowiem rzeczy przyczyniają się do stworzenia piękna: przede wszystkim niepodzielność lub doskonałość, i dlatego za brzydkie mamy rzeczy niebędące całością; następnie należyta proporcja albo też harmonia; w wreszcie jasność i światło, i rzeczywiście nazywamy pięknymi rzeczy barwy jasnej. (109)

[…] celem wiedzy jest także przedłużenie ludzkiego życia. (113)

[…] per speculum et in aenigmate. (poprzez obraz i w zagadce) (121)

[…] często zdarzało mi się, że najbardziej uwodzicielskie wyobrażenia grzechów znajdowałem właśnie na kartach zapisanych przez tych ludzi o niewzruszonej cnocie, którzy potępiali ich urzekającą siłę i skutki. (122)

Utraciliśmy mądrość dawnych ludzi, minęła epoka olbrzymów! Jesteśmy karłami […] ale karłami, które stoją na ramionach tamtych olbrzymów i naszej małości potrafimy czasem wypatrzyć dalszy niż oni horyzont. (130)

Widzisz, miałem sposobność poznać najbieglejszych medyków, którzy warzyli lekarstwa usuwające chorobę. Dawali oni balsam lub napar prostaczkom, dołączając śpiewne zdania, które wydawały się modlitwą, a nie dlatego, że te modły miały moc leczenia, ale dlatego, że dusza, dobrze zachęcona ufnością, jaką pokłada w pobożnej formule, lepiej się przysposobi do cielesnego działania lekarstwa. (133)

[…] skoro w naszych czasach nie da się przekonać mnichów, by nie pili, niechaj chociaż nie poją na umór, ponieważ wino skłania do apostazji nawet mędrców, o czym przypomina Eklezjastyk. Benedykt, mówiąc „w naszych czasach”, miał na myśli swoje, dzisiaj już tak odległe: wystawmy sobie, jak to musiało być w dniach, kiedy wieczerzaliśmy w opactwie, po takim upadku obyczajów (i nie mówię już o czasach moich, kiedy piszę te słowa; wspomnę tylko, że tutaj, w Melku, największą pobłażliwość znajduje piwo!); w sumie piło się bez przesady, ale nie bez ochoty. (141)

[…] Chrystus nie śmiał się nigdy. (142)

Każde na świecie stworzenie jakoby księga i pismo. (157)

By istniało zwierciadło świata, świat musi mieć jakiś kształt. (176)

Biblioteka daje świadectwo prawdzie i błędowi. (188)

[…] czasem słusznie jest wątpić. (193)

Jest to najprostsza z dróg wiodących do Najwyższego, materialna teofania. (209)

[…] sen za dnia jest jak grzech cielesny: im więcej go było, tym więcej się go pragnie, a przecież czujemy się nieszczęśliwi, jednocześnie zaspokojeni i niezaspokojeni. (225)

Kiedy Franciszek mówił do ludu miasta i jego władców i zobaczył, że ci go nie pojmują, poszedł w stronę cmentarza i zaczął głosić kazanie krukom i srokom, krogulcom, tym drapieżnym ptakom, które żywią się trupami. / – Co za okropność! – rzekłem. – Nie były to więc dobre ptaszki. / Były to ptaki drapieżne, ptaki odtrącone jak trędowaci. Franciszek myślał z pewnością o tym wersecie z Apokolipsy, który mówi: „I ujrzałem innego anioła stojącego w słońcu: i zawołał donośnym głosem do wszystkich ptaków, lecących środkiem nieba: «Pójdźcie, zgromadźcie się na wielką ucztę Boga, aby zjeść trupy królów, trupy wodzów i trupy mocarzy, trupy koni i tych, co ich dosiadają, trupy wszystkich – wolnych i niewolników, małych i wielkich». / – Więc Franciszek pragnął zachęcić odtrąconych do buntu? / – Nie, to uczynił raczej Dulcyn i jego ludzie. Franciszek chciał wezwać odtrąconych, gotowych do buntu, by stali się cząstką ludu Bożego. Chcąc przywrócić porządek w trzodzie, trzeba było odzyskać odsuniętych. (289)

Oto złudzenie herezji. Nie liczy się wiara, jaką ruch ofiarowuje, liczy się nadzieja jaką podsuwa. (291)

Czy to możliwe, by rzeczy tak wieloznaczne dały się powiedzieć w sposób tak jednoznaczny? (354)

Często księgi mówią o innych księgach. Często w księdze nieszkodliwej jest jakby ziarno, które rozkwitnie w księdze niebezpiecznej, albo na odwrót, mamy słodki owoc wyrosły z gorzkiego korzenia. (407)

Jeśli jest ślad, musi być coś, co go odcisnęło. (449)

[…] nie rozciągaj na zakon tego, co mogło być tylko moją słabością! (484)

Prawdziwa miłość pragnie dobra przedmiotu miłości. (556)

Wystarczy, by gest nie przeobraził się w zamysł, by ten język pospólstwa nie znalazł łaciny, która go wyrazi. (660)

Antychryst może zrodzić się z pobożności, z nadmiernej miłości do Boga lub prawdy, jak kacerz rodzi się ze świętego, a opętany przez demona z jasnowidzącego. Lękaj się, Adso, proroków i tych, którzy gotowi są umrzeć za prawdę, gdyż zwykle wiodą na śmierć wielu innych, często przed sobą, czasem zamiast siebie. (683)

Porządek, jaki nasz umysł wymyśla sobie, jest niby sieć, albo drabina, którą się buduje, by czegoś dosięgnąć. Ale potem trzeba drabinę odrzucić, gdyż dostrzega się, że choć służyła, była pozbawiona sensu. (685)

Trudno pogodzić się z myślą, że gdyby istniał ład we wszechświecie, stanowiłby obrazę dla wolnej woli Boga i dla Jego wszechmocy. Tak więc, wolność Boga jest naszą zgubą, a przynajmniej zgubą naszej pychy. (685)

Umbert Eco, Imię Róży, tł. Adam Szymanowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

żyje ten, kto wątpi

Postawiony między życiem a śmiercią, na końcu świata, gdzie miejscowi listonosze walczą, by przeżyć kolejną długą zimę, pełną śniegu, mrozu, wiatru i tajemniczego oceanu. Choć miejscami trudno mi było przebrnąć przez te strony, „Smutek Aniołów”,  którą napisał pisarz islandzki Jon Kalman Stefansson, dał mi miejscami chwile do przemyślenia pewnych spraw na nowo. Oto moje tradycyjne lapidarium po lekturze zimowego tekstu w upalne lato:

 

Życie jest dość proste, a człowiek nie. (9)

Napisano, że śmierć zna odpowiedzi i że właśnie ona uwalnia prastarą wiedzę z okowów; to oczywiście wierutna bzdura. Wszystko co wiemy, czegośmy się nauczyli, nie wyrasta ze śmierci, lecz z wiersza, z rozpaczy i wreszcie ze wspomnień szczęścia i wielkiej zdrady. (10)

Alkohol ma to do siebie, że zmienia nasz system wartości, ptasi śpiew staje się ważniejszy niż gazety świata, chłopak o kruchych oczach cenniejszy od złota, a dziewczyna z dołkami w policzkach potężniejsza niż cała angielska flota. (21)

Człowiek umrze, jeśli zabierzesz mu chleb, a bez marzeń uschnie. To, co najważniejsze, rzadko bywa skomplikowane, ale przecież by dojść do tak oczywistego wniosku, musimy umrzeć. (23)

Ten, co długo w noc czuwa, z trudem nadaje się do pracy za dnia, a ten, co nie goni za swymi marzeniami, traci serce. (24)

Jaki właściwie pożytek jest poezji, jeśli nie tkwi w niej moc odmiany losu? Wszak istnieją książki, które bawią, lecz nie dotykają najgłębszych kwestii. Są też takie, które każą ci wątpić, dają nadzieję, poszerzają horyzonty i prawdopodobnie pokazują, jak szybować. Niektóre książki są ważne, inne tylko cię bawią. (26)

[…] czytaj naturalnie, jakbyś oddychał, kiedy się nauczysz, będzie to bardzo proste. (28)

[…] kto chętnie poniża innych słowami, nigdy nie zna umiaru. (31)

Nasze ciała już dawno strawione w glebie, mięso odpadło od kości, wykop nas, a znajdziesz wyłącznie uśmiechające się do ciebie białe kości, mimo to nasze cielesne pragnienia wciąż trwają z nami, nie potrafimy się od nich uwolnić, podobnie jak od wspomnień, które silniejsze są od śmierci. Śmierci, jakaż jest twoja moc? (35)

Niejeden woli milczeć, gdy życie najboleśniej daje się we znaki, bo przecież słowa to często tylko martwe kamienie albo porwane i znoszone szaty. Mogą też być chwastami, niebezpiecznymi zarazkami, zbutwiałymi deskami, które nie utrzymują nawet mrówki, a co dopiero człowieka. A mimo to słowa jedną z niewielu rzeczy, jakie mamy pod ręką, gdy wszystko zawiedzie. Zastanów się. I jeszcze to niezrozumiałe, że najmniej ważkie i najbardziej nieprawdopodobne słowa mogą niespodziewanie udźwignąć wielki ciężar i przenieść życie bez uszczerbku ponad przyprawiającymi o zawrót głowy wąwozami. (37)

[…] dobrze jest otaczać się kruchymi ludźmi, to pomaga lepiej zrozumieć świat, chociaż nie zawsze wiem, co począć z tym zrozumieniem. (41)

[…] tęsknota może być inspirująca, łamać codzienność. (59)

[…] nigdy chyba nie powinniśmy pisać o niczym innym niż o tym właśnie: o smutku, tęsknocie, niemocy i o tym, co czasem rodzi się między dwojgiem ludzi, niewidzialne, lecz potężniejsze od światowych imperiów, silniejsze od religii i równie piękne jak niebo, o łzach, co są przezroczystymi rybami, o słowach, które szepcemy do Boga lub kogoś, kto jest najważniejszy, o chwili, kiedy kobieta wprowadza członek w swoje łono, a potem horyzont rozrywa się na dwie części. Nigdy nie powinniśmy pisać o niczym innym. Wokół tego powinny się kręcić wszystkie świadectwa, wszystkie raporty i wszystkie wiadomości świata:

Nie przyjdę dzisiaj do pracy z powodu smutku.

Zobaczyłem wczoraj te oczy i dlatego dzisiaj nie będzie mnie w pracy.

Nie mogę dzisiaj przyjść, ponieważ mój mąż jest nagi i taki piękny.

Nie mogę wyjść dzisiaj z domu, bo życie mnie zdradziło.

Nie przybędę na zebranie, gdyż przed moim domem opala się kobieta, a jej skóra błyszczy w słońcu. (67)

[…] człowieka trudno ocenić po powierzchni, dlatego łatwo dać się zwieść i zapłacić za to życiem lub szczęściem; wyszłam za ciebie dlatego, że byłeś taki spokojny i piękny z wierzchu, ale teraz nie zaznaję szczęścia; wypłynąłem na morze, bo na powierzchni było takie spokojne, a teraz nie żyję, płaczę na dnie oceany wśród innych topielców i przepływają przeze mnie ryby. (72)

Słowa pisane mogą mieć większą głębię niż mówione, zupełnie jakby papier wyzwalał z pęt nieznane światy. (75)

[…] żyje tylko ten, kto wątpi. (79)

Największa krzywda, jaką mogłabym sobie wyrządzić, to wyjść za człowieka, którego kocham, bo wtedy byłabym bezbronna. (83)

[…] zdania zostały napisane po to, by odmienić życie, tak pewno zawsze powinniśmy pisać […] (90)

[…] dystans między życiem a śmiercią jest tak nieznaczny, że mieści się w jednym słowie. I dlatego winieneś na wieki wieków ostrożnie używać słów – co najmniej jedno z nich niesie z sobą śmierć. (123)

[…] bo czym jest człowiek bez Boga, a raczej czym jest Bóg bez człowieka […] (141)

Tu na końcu świata kobiety potrafią budzić ogień ze snu, robią to każdego ranka od wielu setek lat. Gdzieś tam w dalekim świecie możni myśleli o człowieku i kosmosie, odkrywali planety, powstawały piękne strofy, cesarze, królowie i generałowie niszczyli wokół siebie życie, i tak oto historia powstawała i upadała na całej kuli ziemskiej, lata zbierały się w wieki, a przez cały ten czasu tu na końcu świata kobiety budziły się przed Bogiem i ludźmi, aby uklęknąć przy palenisku i dmuchnąć w popiół, w którym poprzedniego wieczora ukryły żar. Rano rozbudzenie ognia może zająć i godzinę, dmuchają, póki pot nie wystąpi im na czoło, dmuchają bez wytchnienia, bo czymże jest życie bez ognia, gdy wokół mróz? (147)

Tak to już czasem bywa; nie widzisz życia, póki całkiem blisko przy nim nie staniesz, dlatego nigdy nie powinniśmy osądzać z oddali. (153)

[…] człowiek musi oddychać, inaczej umrze, podstawa istnienia nie jest za bardzo skomplikowana. (167)

[…] z człowiekiem zawsze trudniej sobie poradzić niż z siłami natury. (176)

[…] jaka jest rzeczywista różnica […] między optymizmem a debilizmem? (192)

Ludzie od dawna tylko gonią, śpieszą się umierać, pozostawiając w pustce żony i dzieci. Zapominają, że życie jest piękne, a człowiek ma przede wszystkim zajmować się życiem. A właściwie wyłącznie. (206)

Ten, kto umiera, nigdy nie wraca, straciliśmy go, żadna moc wszechświata nie jest w stanie oddać nam ciepła minionego życia, brzmienia głosu, gestykulacji, dowcipu. Wszystkie te detale, z których składa się życie, które nadają mu znaczenie, odeszły na wieki, zniknęły, ale pozostawiają otwartą ranę w sercu, którą czas zmienia powoli w nabrzmiałą bliznę. Ten, kto umiera, nie odchodzi jednak od nas na zawsze, i ta sprzeczność pociesza nas i jednocześnie zadaje ból, ten, kto umarł, jest zarazem bliski i daleki. (231)

Być mężczyzną to wiedzieć, dokąd człowiek zmierza, i nie marnować na to zbyt wielu słów. W takich mężczyznach kobiety się zakochują. (234)

Chłopak wymachuje listonoszowi pięścią przed twarzą: gówno mnie obchodzi twoje męstwo! Ten, kto nie boi się tego dźwięku, jest po prostu głupcem. Ten, kto nie boi się, że spadnie w przepaść w taką pogodę, jest głupim ćwokiem. Człowiekiem o wyobraźni mniejszej od glisty. Sram na twoje męstwo, sram na nie. Teraz wiem, co pastorowa miała na myśli, mówiąc, że mężczyźni są nieodpowiedzialni, a kobiety i dzieci zawsze ponoszą tego skutki. Chciała powiedzieć, że męstwo jest nie tylko głupie, le też groźne, bo myśli, bo myśli wyłącznie o sobie, żeby dobrze wypaść, dla was jest ważne jedno: żeby wyjść na silnych, odważnych, nieulęknionych, stwarzać pozory, dla was od samego życia ważniejsze jest to, żeby dobrze wypaść!

Jens wyprostował się i góruje teraz nad chłopakiem: Męstwo to wyłącznie odwaga. Nie poddawać się nigdy. I nigdy się nie ugiąć!

Chłopak: Czasem ludzie tacy jak ty są tylko bezmyślni, boją się cofnąć. Tata utonął w nawałnicę, wypłynęli w morze pomimo złych prognoz, choć większość nie wypłynęła. Petur znał sternika. Mężny chłop, mawiał, niczego się nie boi, nigdy. Trzeba było widzieć oczy Petura, kiedy mówił o tym sterniku, trzeba było widzieć, jak błyszczały, gdy opisywał odwagę człowieka, który nie miał odwagi ustąpić pogodzie, nie miał odwagi skapitulować przed ryzykiem. Cała szóstka utonęła. A wiesz, ile dzieci straciło ojca? Ile rodzin się rozpadło z powodu męstwa sternika? Ile osób musiało mieszkać w rozproszeniu po różnych gospodarstwach i nigdy więcej nie ujrzało swoich bliskich, bo wszyscy pomarli? I człowiek został sam na tym przeklętym świecie dlatego, że sternik udawał takiego diablo męskiego. Ta wasza cholerna męskość dusi wszystko, co dobre, subtelne i piękne, zabija samo życie, więc sram na to cholerne męstwo, sram całą hałdą gówna! Wracam, nie idę dalej!! (258)

Życie jest tak różnorodne, że aż nonsensowne, absurdalne, niedorzeczne, o wiele rozsądniej jest gwizdać sobie, fajnie fałszując, niż próbować opisać je słowami. (262)

Niech to diabli, chłopcy, czy człowiek przyszedł na ten cholerny świat po to tylko, by umrzeć? (323)

[…] gdzie się wobec tego podziały wszystkie dobre chwile, jakie przeżyli, czy po śmierci w nicość się obracają? (326)

[…] po co, do diabła, żyjemy i umieramy, jeśli właśnie nie po to, żeby pokonywać niemożliwe? (327)

 

Jon Kalman Stefansson, Smutek Aniołów, Wydawnictwo W.A.B.,  Warszawa 2009.

w poszukiwaniu pcheł

Jest taki ciekawy przedmiot na teologii biblijnej, który nazywa się krytyką tekstu. Czym się zajmuje? Mając pod ręką manuskrypty, starożytne teksty biblijne, krytycy próbują dojść jak najbliżej ich wersji pierwotnej. Tak. Tekst biblijny jeszcze na długo po śmierci apostołów podlegały zmianom. Spokojnie. Na szczęście nie aż tak poważnym. Mniej niż 10% tekstu Nowego Testamentu posiada różne swoje warianty. W dużej mierze chodzi o błędy wynikające z ręcznego przepisywania tekstu. Była to cholernie ciężka praca. Taki skryba przepisywał siedząc na stołku i trzymając papirus bądź pergamin na kolanach. Przy krótszych tekstach robił to na stojąco. Dlaczego nie używano stołów do pisania? Przedziwne. Nie wiem. Na marginesach niektórych manuskryptów do dziś widnieją bolesne wyznania kopistów, typu: „pisząc z pochylonymi plecami, z żebrami wbijającymi się w żołądek i przy ogólnym wyczerpaniu całego ciała”. Wśród komentarzy można znaleźć i takie dość nietypowe: „Zimno dziś” ktoś dodał obok „To naturalne, jest zima”, „Lampa daje za mało światła”, „Ten pergamin jest jakiś ciężki”. W takich warunkach, przy dużym zmęczeniu, nie trudno było pomylić literę, opuścić kilka słów czy coś niewyraźnie zapisać. Były i inne zanieczyszczenia tekstu. Świadome. Były to próby wyakcentowania jednej czy drugiej prawdy teologicznej, wejście w apologetykę ze światem nie-chrześcijańskim czy judaizmem, harmonizowanie tekstów, dobieranie słów, które w późniejszych latach wydawały się bardziej pasować w rozumieniu tekstu, upraszczanie trudnych fragmentów, czy dodawanie komentarzy.

Krytyka tekstu to niezwykle skomplikowana dziedzina biblistyki. To wyłapywanie błędów/skaz, porównywanie różnych manuskryptów, szukanie różnic, dochodzenie do tego skąd one się tam wzięły, który wariant był wcześniejszy, jaki powinniśmy wybrać, itp. Czytając „The Text of the New Testament. Its Transmission, Corrupation, and Restoration” B. M. Metzgera i B. D. Ehrmana zatrzymałem się dłużej nad cytowanymi w tej książce (s. 315) słowami A. E. Housmana, który obrazowo próbuje wyjaśnić pracę krytyka tekstu. Pod tłumaczeniem podaję tekst angielski – ze względu na moją słabą znajomość angielskiego i dla pewności, że zrozumiecie to lepiej niż ja.

„Krytyka tekstu nie jest częścią matematyki, ani gałęzią konkretnej nauki. Nie zajmuję się materią, która jest rygorystyczna i stała, jak linie i liczby, ale materią która jest płynna i zmienna; mówiąc wprost, zajmuje się słabościami i błędami ludzkiego umysłu oraz ich nieuporządkowanymi sługami, jakimi są ludzkie palce. Dlatego nie podlega ona twardym i stałym zasadom. Byłoby znaczniej prościej, gdyby takowe były. Z tego powodu wielu próbuje udawać, że one istnieją, albo przynajmniej zachowują się tak, jakby rzeczywiście tak uważali. Oczywiście, jeśli chcesz, możesz mieć twarde i stałe zasady, ale wtedy będziesz używał zasad nieprawdziwych, które wprowadzą cię w błąd; ponieważ ich prostota uczyni je nieadekwatnymi wobec problemów, które nie są proste, ale skomplikowane ze względu na ich związek z ludzką osobowością. Krytyk tekstu nie jest jak Newton badający ruch planet, jest on bardziej jak pies próbujący złapać pchłę. Jeśli pies łapałby pchły opierając się na matematycznych zasadach, badaniach nad statystyką powierzchni i populacji, nigdy by jej nie złapał za wyjątkiem przypadku. Każdą pchłą należy zająć się osobno; również każdy problem, który przedstawia się krytyce tekstu musi być traktowany jako wyjątkowy.”

“Textual criticism is not a branch of mathematics, nor indeed an exact science at all. It deals with a matter not rigid and constant, like lines and numbers, but fluid and variable; namely the frailties and aberrations of the human mind, and of its insubordinate servants, the human fingers. It is therefore not susceptible of hard-and-fast rules. It would be much easier if it were; and that is why people try to pretend that it is, or at least behave as if they thought so. Of course you can have hard-and-fast rules if you like, but then you will have false rules, and they will lead you wrong; because their simplicity will render them inapplicable to problems which are not simple, but complicated by the play of personality. A textual critic engaged upon his business is not at all like a dog hunting for fleas. If a dog hunted for fleas on mathematical principles, basing his researches on statistics of area and population, he would never catch a flea except by accident. They require to be treated as individuals; and every problem which presents itself to the textual critic must be regarded as possibly unique.”