Archiwum kategorii: myślę, że…

co widzę?

To jedna z moich ulubionych przypowieści. Ta o ponownym przyjściu Syna Człowieczego (Mt 25,31-46).

 
Po oddzieleniu obie grupy zadają dokładnie to samo pytanie. „Panie, kiedy widzieliśmy Cię…?”. Znaczyłoby, że ani ci, którzy zauważali potrzeby innych, ani ci, którzy tego nie potrafili, nie widzieli Jezusa. Nikt nie widział. Bo tak naprawdę to Go nie widzimy. Nawet podczas mszy. Kto widzi coś ponad to, co widać, czyli chleb? Nikt nie widzi dziś Jezusa tak, jak widzi się drugiego człowieka. Szukamy twarzy tego, którego nie widać, a nie widzimy twarzy tych, którzy patrzą prosto w naszą.

 
Kiedyś jakiś znany papież napisał: człowiek jest drogą Kościoła. Może właśnie dlatego nasz Bóg się przed nami ukrywa, żebyśmy widzieli siebie nawzajem?

tryby [off topic]

W naszej językowej przestrzeni mamy różnego rodzaju tryby. Być może jest tak, że trybem oznajmującym wielokrotnie wyrażany jest tryb przypuszczający (łączący?), związany raczej z naszymi życzeniami, emocjami, możliwościami, osądami, potrzebami, które stoją w sprzeczności z zastaną rzeczywistością niż z tym jak jest naprawdę. Choć brzmi to trochę enigmatycznie może to być jeden z bardziej popularnych sposobów komunikowania własnych potrzeb i pragnień. Wszystkie zdania zaczynające się choćby od „Świat jest…, Europa to…, Polska… ludzie…, Kościół…, oni…, ci…, tamci…, wszystko…, wszyscy…, każdy…, on…, ona…, Bóg…” niewiele mówiłyby o tym jak jest, ale o tym jakimi są nadawcy tych komunikatów.

Może dlatego tak bardzo męczą mnie wszystkie dyskusje na internetach.

Teraz mogę się zastanowić nad tym, co właściwie ten wpis mówi o mnie.

Że moją największą słabością jest niepewność? Że boję się czasownika „być”, a ściślej wszystkich orzeczeń imiennych?

post

Poszczę, to znaczy: poznaję samego siebie. Post to szukanie wolności „od i do” tego, co nas na co dzień zniewala i odbiera nam silną wolę. Zanim zaczniemy pościć najpierw trzeba sobie zdać sprawę z tego, gdzie są nasze najsłabsze punkty pod tym względem. Pierwszym krokiem jest zaproszenie: poznaj samego siebie. Często to nie obżarstwo odbiera nam wolność (bo jemy z umiarem), a zupełnie co innego. Co? Bez poznania siebie trudno sobie aplikować lekarstwa. Najpierw diagnoza, później leczenie.

Poszczę, to znaczy: walczę o siebie. Walczę dla siebie, dla innych i Boga. Nie walczę sam. Pamiętajmy o modlitwie, bez wspólnego przeżywania postu z Bogiem, nasze działania będą samodoskonaleniem się dla samodoskonalenia się. Ani sam Bóg niczego w naszym życiu nie zmieni, ani ja sam nie jestem w stanie wielu rzeczy zmienić  – jedynie współ-praca z Bogiem, czyli praca Boga i moja praca. Po co to robię? Żeby innym i Bogu (ale i mnie) żyło się ze mną normalniej.

Poszczę, to znaczy: panuję nad sobą. Nie pozwalam na to, by zachcianki non stop kierowały decyzjami w moim życiu.

Poszczę, to znaczy: rozwijam się. Nie ma zrównoważonego rozwoju, jeśli nie potrafimy wybierać między tym, co nam pomaga w naszym rozwijaniu się, a tym co ten rozwój hamuje. Co nam hamuje nasz rozwój? Wracamy do pierwszego kroku: poznaj samego siebie…

Post nie ma nas czynić ludźmi smutnymi i zgorzkniałymi, ale pełnymi radości ze względu na odzyskaną wolność. Oczywiście często w drobnych sprawach, ale czy to nie drobne sprawy składają się na nasze życie? Podczas trwania postu warto zrobić sobie test odpowiadając na następujące pytania: czy mój post czyni mnie wewnętrznie smutnym czy radosnym? Wolnym czy zniewolonym? Przybliża mnie do Boga czy oddala? Przybliża mnie od ludzie czy wręcz przeciwnie? Jeśli poszcząc jestem smutny, zniewolony narzuconym przez siebie religijnym postanowieniem, czuję, że Bóg staje się jeszcze dalszy, a do tego ludzie najlepiej jakby zniknęli z mojego życia, to taki post należy natychmiast przerwać i przemyśleć sprawę na nowo.

Tak naprawdę, czy to okres wielkopostny, czy wielkanocny, adwentowy, bożonarodzeniowy, czy zwykły w ciągu roku – do pracy nad sobą (czyli do postu) jesteśmy zaproszeni przez cały rok. Jeśli tylko Wielki Post jest czasem nawrócenia (czyli przemiany), to nie ma to dla mnie sensu.

nie jestem Charlie

Dla mnie każdy kto mówi, że zabija w imię Boga, na pewno nie działa w Jego imieniu. Wyznawca Jezusa Chrystusa, proroka Mahometa, podążający drogą Tory, czy ktokolwiek inny. Każdy też kto zabija w imię Boga, nie jest dowodem na to, że Boga nie ma. Zło dotyka wszystkich bez wyjątku – każdą wspólnotę, każdą grupę ludzi, wierzących i niewierzących. Czasami w sposób niewiarygodnie okrutny, jak dziś w Syrii, Iraku, na Ukrainie i w wielu miejscach na naszej małej planecie. Codziennie, cicha, pozbawiona fleszy, twittów, filmików na yt, niesprawiedliwa śmierć tysięcy, przechodzi niezauważona, bo nie pojawia się na ścianie fejsa, ani na pierwszej stronie dziennika.

Nie jestem Charlie. Nie utożsamiam się z wartościami jakimi żyli zabici satyrycy. Jednak nie zgadzam się na ich śmierć, tak jak nie zgadzam się na wyśmiewanie Boga, jakiejkolwiek religii oraz ich wyznawców. („Nie zgadzam się”… to takie wyrażenie wytrych, sobie mogę się nie zgadzać… nie potrafię jednak znaleźć lepszego). Także sztuka (za jej część uważam satyrę) może stać się narzędziem przemocy. Przemoc budzi przemoc (w jakiejkolwiek by nie była formie). W moich oczach ani ci pierwsi nie są męczennikami Allaha, ani ci drudzy nie są męczennikami za wolność słowa. Tak się zbiera owoce zła.

Choć w mniejszym wymiarze to samo dzieje się w moim i twoim życiu. I ja mogę wpaść szybko w spiralę zła, kiedy zło będę widział tylko poza sobą. Nikt się przed tym niestety sam nie uchroni. Ja też nie. Kiedy myślę o tym wszystkim w kontekście Jezusa to z jednej strony wiem, że zło zostało pokonane na krzyżu. Śmierć nie jest już tragedią, już nie muszę się jej bać. Ale to nie wszystko. Jezus nie tylko zwyciężył zło przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Jako dzieci Boga dostaliśmy ogromną pomoc z nieba, by nie tylko ze złem walczyć, ale przemieniać je w dobro. To jest znacznie więcej. Bez względu na to jak wielkie zło wydarzyło się w moim, twoim, naszym życiu – ono zawsze może w końcu zostać przemienione i przynosić dobre owoce.

Dlatego modlę się dzisiaj za satyryków z Charlie Hebdo, za terrorystów, za oprawców wojennych i ich ofiary… Proszę też o modlitwę za mnie, bo wcale nie jestem lepszym człowiekiem. Także moje serce skażone jest złem. Ale nie jest to sytuacja bez wyjścia. Nikt z nas nie jest zły w całości. Nawet po najbardziej „spektakularnych” zbrodniach dziecko Boga pozostaje dzieckiem Boga i moim bratem lub siostrą.

ma prawo

To moja pierwsza homilia po włosku. To jest w ogóle moja pierwsza homilia w moim diakońskim posługiwaniu. Uczę się. Kontekst jest ważny. Jesteśmy na kursie włoskiego. Od ponad miesiąca wkuwamy włoską gramatykę. W kaplicy siedzą uczestnicy kursu – różny poziom zaawansowania. Wszystkie zdania musiały być napisane bardzo prostym językiem, żeby każdy mógł zrozumieć. Do tego musiało być krótko. Całość trwała około 1’ 30’’. Pod tekstem włoskim znajdziecie polskie tłumaczenie.

 

Loro sono ciechi

e guide di ciechi.

E quando un cieco

guida un altro cieco

tutti e due

cadranno in un fosso!

(Mt 15,14)

 

Oggi ho paura

di leggere le parole di Gesù.

Di chi parla Gesù?

Sappiamo bene

che non ci sono più i farisei.

Ma continuamente

leggiamo le parole di Gesù

scritte secondo Matteo

anche nel nostro tempo.

Di chi parla Gesù oggi?

Ho un gran paura

che oggi Gesù parla di me.

Non parla di noi, loro, lei, lui, voi

oppure tu…

Io non posso dire così!

Perchè tutte le difficili parole di Gesù

posso rivolgere solo a me.

Quando voglio parlare del vangelo

devo ricordare

che la grammatica è molto importante.

Specialmente quando vorrei usare

la seconda persona plurale o singolare,

cioè “voi” e “tu”.

Ma anche la prima persona plurale

mi sembra un po’ strana,

perchè per me

è la forma di cortesia di “voi”.

Gesù Cristo è il nostro Signore.

Credo che non io

ma solo Lui

ha diritto

a parlare a buon diritto

a loro

a lui

a lei

a voi

e

a te

(Verona,  5/08/14)

 

 

“To są ślepi przewodnicy ślepych.

A jeśli niewidomy

prowadzi niewidomego,

obaj wpadną do dołu”.

(Mt 15,14)

 

Dziś boję się czytać słowa Jezusa.

O kim mówi Jezus?

Dobrze wiemy,

że nie ma już żadnych faryzeuszy.

Wciąż jednak czytamy słowa Jezusa,

napisane przez Mateusza,

także w naszych czasach.

O kim Jezus mówi dziś?

Mam duże obawy,

że Jezus dziś mówi o mnie.

Nie mówi o nas, o nich, o nim, o niej, o was,

czy o tobie…

Tak nie mogę mówić.

Ponieważ wszystkie trudne słowa Jezusa

mogę odnieść tylko do siebie.

Kiedy chcę mówić o Ewangelii

muszę pamiętać o tym,

jak ważna jest gramatyka.

Szczególnie wtedy, kiedy chciałbym użyć

drugiej osoby liczby mnogiej lub pojedynczej,

to znaczy „wy” i „ty”.

Również pierwsza osoba liczby mnogiej

wydaje mi się trochę dziwna,

ponieważ według mnie

jest to tylko uprzejma forma zwrotu „wy”.

Jezus Chrystus jest naszym Panem.

Wierzę, że nie ja,

ale tylko On

ma prawo

mówić wprost

do nich

do niego

do niej

do was

i

do ciebie.

(Werona, 5/08/14)

bliski – daleki cz. 2

Mając grunt pod nogami i niebo nad naszymi głowami ukuliśmy słowa, które ułatwiły nam umiejscowienie rzeczy, „na górze” i „na dole”. Nie wiadomo kiedy wyrażenia te przeszły do świata „duchowego”. Wszyscy wskazują „górę” jako miejsce przebywania Boga, a „dół” jako miejsce przebywania Złego. Poszły za tym również gesty – wielu chrześcijan wznosi swe ręce „do góry”, gdy modli się do Boga. Także Biblia wielokrotnie używa tej pary słów. Oddalając się jednak od naszego ziemskiego grajdołka okazuje się, że z perspektywy kosmosu „góra” i „dół” nie istnieją. Nie ma kosmicznej „góry”, ani kosmicznego „dołu”. „Góry” i „dołu” jako takich nie ma.

Stopniując przysłówki ułożyliśmy sobie rzeczy według tego, co jest „najwyżej” i „najniżej”. W taki sposób poukładaliśmy nie tylko rzeczy, ale i wartości. Bo dziś wielu pyta w Kościele: „Czy Bóg jest twoją najwyższą wartością?” umiejscawiając przy okazji zło „najniżej”. W ten sposób udało nam się poniżyć samego Boga zestawiając Go w systemie naszego „drabiniastego” widzenia świata (zewnętrznego i wewnętrznego) ze złem. Czy Boga możemy z czymkolwiek/kimkolwiek zestawić? Skoro „góra” i „dół” jako takie nie istnieją, to nie może być też mowy o istnieniu czegoś, co jest „najwyżej” i „najniżej”. Tak jak we wpisie ‘bliski – daleki’, tak i tu wrócę do tych słów, bo coraz bardziej wydają mi się one najwłaściwsze w opisie naszego świata – zwłaszcza duchowego. Może czas zacząć myśleć w kategoriach „układów planetarnych i galaktycznych”, które rozmieszczone są według ‘odległości’, a nie według ‘wysokości’. Z eksploatacją kosmosu zmieni się nasz sposób myślenia – już dziś dzięki wiedzy, jaką posiadamy o kosmosie, to myślenie się zmienia. Za myśleniem pójdzie język, za językiem to, w jaki sposób będziemy opisywać naszego Boga. Gdyby Bóg nie był wartością najwyższą, ale wartością najbliższą, to wiele z tego, co się źle działo w historii Kościoła mogłoby nie mieć miejsca. Jest duża pokusa, by za wartość najwyższą kogoś nawet zabić, za wartość najbliższą już niekoniecznie. Nawet więcej – mamy pokusę, by wartości najwyższej podporządkować coś, co rzeczywiście jest nam bliskie. Jeśli coś jest najwyższe, to automatycznie ma być ono takie dla wszystkich, a bliskości nie da się narzucić – bo zależy ona zarówno od jednej, jak i drugiej strony. To, że Bóg jest mi bliski, nie znaczy, że tak go doświadczają wszyscy ludzie na świecie. Kiedy jednak układam drabinę wartości i umieszczam Boga na samej górze – jak łatwo chciałbym taką drabiną dać każdemu człowiekowi, żeby patrzył na świat tak, jak patrzę na niego ja sam. Ileż frustracji słychać w powtarzanych hasłach że, „ludzie żyją tak, jakby Boga nie było”, że „wszyscy powinni postawić Boga na najwyższym miejscu, wtedy zniknie przemoc”.

Gdy Bóg jest najwyższy to staje się już tylko odległą ideą, a skoro jest tak wysoko, to musi być równie daleko – wtedy do ideologii i wojny już niewielki krok… Czy Bóg jest Wielkim Nieobecnym, czy Bliskim mi Ojcem?

Nauka już nie raz pomogła nam lepiej docierać do sedna naszej wiary – przecież dziś nikt nie powie, że Bóg stworzył świat w siedem dni, a jednak wciąż czytamy pieśń o stworzeniu – dziś wiemy, że istota tego tekstu leży gdzie indziej – nie w tym, w ile dni Bóg wszystko uczynił. Nauka nie musi być w konflikcie z wiarą – ma ona działanie oczyszczające. Dzięki niej Biblia jest odzierana z naszego „ziemskiego” myślenia. Możemy pójść głębiej, dalej. „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy.” (J 16,13) Wierzę w to, że z pokolenia na pokolenie przybliżamy się do prawdy.

 

Ostatnie wydarzenie w Londynie utwierdzają mnie w tym, co napisałem… Gdyby Allah był temu człowiekowi wartością najbliższą, a nie najwyższą – nie zrobiłby tego. Jestem o tym przekonany. To nie problem Allaha i Koranu…

Baw się i tańcz!

 

W uszach rezonują najnowsze bity świata. W nozdrzach czuć rozgrzane powietrze, a w oczach migotanie świateł. Szał roztańczonych ciał. Jednym z ważniejszych elementów życia jest dobra zabawa. Wyszaleć się przez cały wieczór, to jest dopiero coś! Kto nie był na dobrej imprezie, ten nie zrozumie o czym piszę. Chrześcijanie mają wyjątkowy powód do tego, żeby się świetnie bawić. Śmierć pokonana, grzech przebaczony, wina zmazana! Nic tylko tańczyć! Wszystko, co robię, mogę przemienić w radość zmartwychwstania. Nawet głupowate czasem piosenki służą mojej radości. Parkiet staje się miejscem modlitwy wraz z tańcem wolności!  Czemu by nie? Chrześcijaninie – baw się i tańcz! Szalej z radości! Nie daj się zaszczuć smutkiem. Bo Bóg jest tam, gdzie jesteś ty sam.
Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie (1 Kor 10,31)

Niewierzący – I need you!

 

Nie wyobrażam sobie, aby na tej ziemi nie było niewierzących w Boga. Jeśli ostatni niewierzący na tym świecie uwierzy, prawdopodobnie ja stracę wiarę. Dlatego, że każdy niewierzący jest dla mnie podstawą do wierzenia w Boga dobrego, który nie zmusza swych dzieci do wiary w Siebie. Bóg, który pozwala na niewiarę jest tym, w którego chcę wierzyć – bo On szanuje wolność każdego swojego dziecka. Chciałbym podziękować tu wszystkim, których znam, a którzy w szczerej rozmowie przyznali się do swej niewiary. Tak naprawdę to nie wiem do końca czemu wierzę, nie wiem też czemu wy nie wierzycie. Jednak dzięki temu Bóg zapewnia mnie o tym, że nigdy nikogo do niczego nie zmusi. Nikt nic nie musi – każdy jest zaproszony. W Ewangelii czytam, że mam nawracać, ale siebie. Innym zaś mam głosić Dobrą Nowinę, a nie ich nawracać. Nawracajcie się (μετανοεῖτε) – Mk 1,15 – te słowa wymówić może tylko Bóg, to wezwanie może być skierowane do człowieka tylko z Jego ust. Nie mam prawa nikogo nawracać, nie jestem Bogiem, sam z siebie nie darzę nikogo nadprzyrodzoną łaską. Jedynie mogę głosić – Dobrą Nowinę o tym, co Bóg uczynił dla mnie, co uczynił moim braciom i siostrom, którzy w Niego uwierzyli, co uczynił każdemu człowiekowi. I tak po prostu w tej radości żyć dalej, z nadzieją, że nadejdą kolejni po mnie – przekażą oni dalej to, czego nie będą potrafili wyrazić słowami, a czego doświadczą w swym wnętrzu – przemiany po spotkaniu z Niewidzialnym.
Niewierzący – potrzebuję was! Proszę, nie traćcie swojej niewiary na rzecz obojętności. Stawiajcie nas, wierzących, w trudnych sytuacjach, próbujcie nas, stawiajcie pytania i nie zostawiajcie nas w spokoju.

stop violence

Dzięki mediom nauczyliśmy się mieć spory dystans do informacji związanych z zamachami, terrorem i przemocą. Nie żyję na odludziu – mnie to też dotyczy i zdążyłem przywyknąć do tego typu informacji. Jednak nie do wszystkich. Za każdym razem, kiedy jest pewna nić łącząca mnie z ofiarami jakiegoś wydarzenia, przeżywam je inaczej. Tak działo się w trakcie ostatniej zimowej sesji, gdy podczas egzaminu w Aleppo (Syria) jeden z budynków uczelni został zbombardowany. Zginęło wtedy wielu studentów. Nie inaczej stało się wczoraj, kiedy w Bostonie (USA) wybuch bomb przerwał maraton. Wiem ile kosztuje zdobywanie wiedzy. Wiem też ile kosztuje przygotowanie do biegu na długi dystans. Ogrom pracy, poświęconego czasu, zapału, energii, samozaparcia i samodyscypliny. Dwie ważne dla mnie rzeczy: nauka i sport, które sprawiają, że staję się coraz bardziej człowiekiem, były ważne również dla tych ludzi, którzy zostali pozbawieni życia, tak po prostu, bez sensu. Pomimo tego, że wierzę w życie po śmierci i wierzę w zmartwychwstanie, pozostaje we mnie smutek. Śmierć tych ludzi mobilizuje mnie do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Jedynie w taki sposób potrafię zaprotestować przeciw przemocy.