Archiwa tagu: biblia

w sercu morza

W tej krótkiej księdze prawie wszystko jest wielkie. Niniwa. Wiatr i burza. A także ryba. Dziś o drugim rozdziale Księgi Jonasza. Niepokornego proroka.

Prawdopodobnie to błąd kopisty, ale urósł do rangi symbolu. Wielka ryba w wersecie 1. i 11. jest rodzaju męskiego (דג), ale w wersecie 2. rodzaju żeńskiego (דגה). W rodzaju męskim pojawia się wtedy, gdy połyka Jonasza, a na końcu go wypluwa. Natomiast jest rodzaju żeńskiego, gdy Jonasz modli się w jej wnętrznościach. Ta modlitwa staje się alegorią nowego poczęcia, narodzin, jak w łonie matki.

Jonasz spędza we wnętrzu ryby trzy dni i trzy noce. Tyle czasu potrzebował, by jego serce się zmieniło. Tyle też czasu będzie potrzebować Jonasz, by obejść całą Niniwę. Dlaczego trzy dni i trzy noce? To symboliczna liczba, mówiąca o początku duchowego doświadczenia, o przemianie i wewnętrznej odbudowie (por. Oz 6,2; Rdz 22,4; Wj 19,10-11; 1 Krl 12,5.12; 2 Krl 20,5.8).

Jonasz modli się. Jego modlitwa ma budowę psalmu. Choć ciągle znajduje się we wnętrzu ryby, to rozpoczyna ją od dziękczynienia za ocalenie. Wydaje się, że tym pierwszym ocaleniem jest przemiana jego serca. W swym wnętrzu odnalazł Boga, który już teraz przychodzi mu z pomocą. A zszedł bardzo głęboko. Jonasz konsekwentnie schodził w dół (1,3-5): zszedł do Jaffy…, zszedł na pokład… (…) zszedł na niższy pokład – jest to ten sam hebrajski czasownik, bardzo znaczący. W podobny sposób człowiek „zstępuje do Szeolu” (Ps 55, 16). Jonasz zdał sobie z tego sprawę, ponieważ w modlitwie przywołuje Szeol, jako miejsce swojego pobytu.

Morze i jego głębiny odgrywają ważną rolę w Biblii. W nim topione są zło i grzechy. Tak było za czasów Noego, gdy wielka powódź miała zmyć grzech. Podobnie zginęli Egipcjanie goniący Hebrajczyków po ich wyjściu z Egiptu. Dokładnie tak modlił się również prorok Micheasz: „On znów się zmiłuje nad nami i obmyje nas z naszej winy. Wrzuci w głębinę morską wszystkie nasze grzechy” (Mi 7,19).

Jonasz zostaje wyrzucony na ląd, na suchą ziemię (היבשה). W takiej formie to słowo pojawia się w Księdze Rodzaju, gdy Bóg przez zebranie wód w jedno miejsce tworzy suchy ląd. Burza z pierwszego rozdziału Księgi Jonasza byłaby zatem symbolem pierwotnego chaosu. Teraz, po swej przemianie, Jonasz tak jakby zostaje stworzony na nowo.

 

Na podstawie: Scaiola Donatella, Abdia, Giona, Michea – Introduzione, traduzione e commento, San Polo Edizioni, 2012.

 

Księga Jonasza, rozdział 2

PAN posłał wielką rybę, żeby połknęła Jonasza. I Jonasz był we wnętrznościach ryby trzy dni i trzy noce.
Z wnętrzności ryby Jonasz modlił się tymi słowami do PANA, Boga swego:
„W nieszczęściu wzywałem PANA i On mi odpowiedział. Z łona krainy umarłych wołałem o pomoc i usłyszałeś mój głos.
Rzuciłeś mnie w samo serce morza i wir mnie porwał, wszystkie Twoje spienione fale przetoczyły się nade mną.
A ja powiedziałem: Jestem daleko wygnany sprzed Twoich oczu. Jakże będę mógł znowu zobaczyć Twoją świątynię?
Zatapiają mnie wody, otacza mnie głębia, morska trawa oplata mi głowę.
Zstąpiłem aż do korzeni gór i w głąb ziemi, a ona zamknęła się nade mną na zawsze. Lecz Ty żywego wydobędziesz mnie z grobu, PANIE, mój Boże.
Gdy gasło me życie, wspomniałem na PANA, a moja modlitwa dotarła do Ciebie, do Twojej świątyni.
Czciciele fałszywych bożków porzucają łaskę przeznaczoną dla nich.
Ja zaś z dziękczynieniem złożę Ci ofiarę, wypełnię śluby, które Ci złożyłem. Zbawienie jest w rękach PANA!”.
Wtedy PAN rozkazał rybie, a ona wypluła Jonasza na ląd.

(Biblia Paulistów)

w poszukiwaniu pcheł

Jest taki ciekawy przedmiot na teologii biblijnej, który nazywa się krytyką tekstu. Czym się zajmuje? Mając pod ręką manuskrypty, starożytne teksty biblijne, krytycy próbują dojść jak najbliżej ich wersji pierwotnej. Tak. Tekst biblijny jeszcze na długo po śmierci apostołów podlegały zmianom. Spokojnie. Na szczęście nie aż tak poważnym. Mniej niż 10% tekstu Nowego Testamentu posiada różne swoje warianty. W dużej mierze chodzi o błędy wynikające z ręcznego przepisywania tekstu. Była to cholernie ciężka praca. Taki skryba przepisywał siedząc na stołku i trzymając papirus bądź pergamin na kolanach. Przy krótszych tekstach robił to na stojąco. Dlaczego nie używano stołów do pisania? Przedziwne. Nie wiem. Na marginesach niektórych manuskryptów do dziś widnieją bolesne wyznania kopistów, typu: „pisząc z pochylonymi plecami, z żebrami wbijającymi się w żołądek i przy ogólnym wyczerpaniu całego ciała”. Wśród komentarzy można znaleźć i takie dość nietypowe: „Zimno dziś” ktoś dodał obok „To naturalne, jest zima”, „Lampa daje za mało światła”, „Ten pergamin jest jakiś ciężki”. W takich warunkach, przy dużym zmęczeniu, nie trudno było pomylić literę, opuścić kilka słów czy coś niewyraźnie zapisać. Były i inne zanieczyszczenia tekstu. Świadome. Były to próby wyakcentowania jednej czy drugiej prawdy teologicznej, wejście w apologetykę ze światem nie-chrześcijańskim czy judaizmem, harmonizowanie tekstów, dobieranie słów, które w późniejszych latach wydawały się bardziej pasować w rozumieniu tekstu, upraszczanie trudnych fragmentów, czy dodawanie komentarzy.

Krytyka tekstu to niezwykle skomplikowana dziedzina biblistyki. To wyłapywanie błędów/skaz, porównywanie różnych manuskryptów, szukanie różnic, dochodzenie do tego skąd one się tam wzięły, który wariant był wcześniejszy, jaki powinniśmy wybrać, itp. Czytając „The Text of the New Testament. Its Transmission, Corrupation, and Restoration” B. M. Metzgera i B. D. Ehrmana zatrzymałem się dłużej nad cytowanymi w tej książce (s. 315) słowami A. E. Housmana, który obrazowo próbuje wyjaśnić pracę krytyka tekstu. Pod tłumaczeniem podaję tekst angielski – ze względu na moją słabą znajomość angielskiego i dla pewności, że zrozumiecie to lepiej niż ja.

„Krytyka tekstu nie jest częścią matematyki, ani gałęzią konkretnej nauki. Nie zajmuję się materią, która jest rygorystyczna i stała, jak linie i liczby, ale materią która jest płynna i zmienna; mówiąc wprost, zajmuje się słabościami i błędami ludzkiego umysłu oraz ich nieuporządkowanymi sługami, jakimi są ludzkie palce. Dlatego nie podlega ona twardym i stałym zasadom. Byłoby znaczniej prościej, gdyby takowe były. Z tego powodu wielu próbuje udawać, że one istnieją, albo przynajmniej zachowują się tak, jakby rzeczywiście tak uważali. Oczywiście, jeśli chcesz, możesz mieć twarde i stałe zasady, ale wtedy będziesz używał zasad nieprawdziwych, które wprowadzą cię w błąd; ponieważ ich prostota uczyni je nieadekwatnymi wobec problemów, które nie są proste, ale skomplikowane ze względu na ich związek z ludzką osobowością. Krytyk tekstu nie jest jak Newton badający ruch planet, jest on bardziej jak pies próbujący złapać pchłę. Jeśli pies łapałby pchły opierając się na matematycznych zasadach, badaniach nad statystyką powierzchni i populacji, nigdy by jej nie złapał za wyjątkiem przypadku. Każdą pchłą należy zająć się osobno; również każdy problem, który przedstawia się krytyce tekstu musi być traktowany jako wyjątkowy.”

“Textual criticism is not a branch of mathematics, nor indeed an exact science at all. It deals with a matter not rigid and constant, like lines and numbers, but fluid and variable; namely the frailties and aberrations of the human mind, and of its insubordinate servants, the human fingers. It is therefore not susceptible of hard-and-fast rules. It would be much easier if it were; and that is why people try to pretend that it is, or at least behave as if they thought so. Of course you can have hard-and-fast rules if you like, but then you will have false rules, and they will lead you wrong; because their simplicity will render them inapplicable to problems which are not simple, but complicated by the play of personality. A textual critic engaged upon his business is not at all like a dog hunting for fleas. If a dog hunted for fleas on mathematical principles, basing his researches on statistics of area and population, he would never catch a flea except by accident. They require to be treated as individuals; and every problem which presents itself to the textual critic must be regarded as possibly unique.”

zanim otworzysz Biblię

Pierwsza podstawowa rzecz. Zanim otworzysz Biblię zastanów się w jakim celu to robisz. Czy jej słowami chcesz się modlić? Próbujesz zrozumieć teksty biblijne i badasz je? Jesteś filologiem, literaturoznawcą czy historykiem i chcesz przeanalizować jeden ze starożytnych tekstów? A może jesteś lektorem czytającym Słowo Boże na liturgii?

To w jakim celu otwieramy Biblię, naprawdę ma znaczenie. Wtedy pewne sposoby czytania odchodzą na drugi, trzeci i kolejny plan. Czasem samo zdanie sobie sprawy z tego jakimi zasadami rządzą się pewne metody czytania pozwala rozwiązać wiele problemów, jak się okazuje natury technicznej. Weźmy chociażby modlitwę za pomocą Biblii. Lubię nazywać tego typu czytanie Biblii „odwróconą lekturą”. Podczas medytacji poprzez czytanie słów Biblii następuje zamiana ról – to słowa zawarte w Biblii zaczynają czytać moje życie. Pytanie, które słyszę, uczucia, które się we mnie zaczynają rodzić, proces myślowy, który zostaje uruchomiony za pomocą słów w Biblii, a który dotyka historii mojego życia, moich pragnień, moich potrzeb, moich radości i moich bólów, to nic innego jak reinterpretacja mojej osoby za pomocą biblijnych słów. Wtedy już nie ja czytam Biblię, ale Biblia zaczyna czytać mnie. W ten sposób księgi te stają się żywe, Słowo Boże zaczyna mówić, zaczyna zmieniać mój sposób myślenia.

Zupełnie inaczej ma się sprawa, kiedy zaczynam analizować tekst biblijny pod kątem lingwistycznym czy historycznym – wtedy ja stawiam pytania tekstowi, dlaczego w taki, a nie inny sposób, zostały wyrażone pewne sprawy, dlaczego przyjęły taką formę literacką, jaka była historia redagowania tekstów, w jaki sposób wspólnota wierzących (Żydów, czy później chrześcijan) adaptowała teksty na własny użytek? I standardowe pytanie szkolne: co autor miał na myśli?

W jeszcze inny sposób czyta się Biblię podczas liturgii – Eucharystii, pogrzebu, chrztu. Słowa Biblii odnosimy wtedy nie tylko do siebie, ale do całej wspólnoty. Interpretacja Słowa Bożego jest już przygotowana przez Kościół (przez wybranie konkretnych fragmentów, przez odpowiednie ich zestawienie ze sobą oraz przez język łaciński, który jest oficjalnym językiem interpretującym tekst biblijny na użytek liturgii). Dla mnie osobiście jest to przepiękny fenomen – wspólne słuchanie słów sprzed kilku tysięcy lat. Ciary. Stajemy naprzeciwko tych tekstów tak jak pokolenia przed nami – jako nowe pokolenie przeglądamy się w tym lustrze jak nasi ojcowie. Myślę, że obok techniki czy medycyny, jest to jeden z najwyższych przejawów rozwoju cywilizacyjnego człowieka. Poza tym liturgia ożywia słowa Biblii w sposób wyjątkowy – pozwala nam wziąć udział w życiu Jezusa. Choć język liturgii jest stary i dziś mało zrozumiały, to właśnie to jest jego celem – ma ułatwić nam życie życiem Jezusa. Nie może się to obyć bez słuchania Jego słów.

Wszystkie sposoby czytania Biblii uzupełniają się – bez rozumienia tekstu na modlitwie możemy zamiast Boga, poznać Jego karykaturę, a bez wspólnego jej czytania na liturgii, łatwo sprywatyzujemy naszą wiarę i wewnętrznie zaczniemy opuszczać wspólnotę.

Jeszcze kilka krótkich uwag:

  1. Słowo Boże jest też słowem człowieka.

Choć wiedza na temat tekstów biblijnych wzrasta, wciąż gorszymi się wieloma fragmentami. Raz, że Bóg prowadzi wojny, nakazuje mordować i niszczyć. Innym razem, że kobiety nie miały łatwo, że niewolnictwo nie było wyraźnie potępiane, a mężczyźni nie tylko, że mieli po kilka żona, ale i korzystali z usług prostytutek, itp. W osobistej lekturze trzeba pamiętać o tym, że zanim potraktujemy nasz tekst jako Słowo Boga, najpierw trzeba je potraktować jako słowo człowieka. To znaczy, że jest niezwykle kruche. Sam tekst zawiera w sobie wiele niedomówień, nie wszystko jest wyjaśnione w taki sposób, w jaki byśmy chcieli. Zdarzają się również drobne błędy natury gramatycznej, filologicznej czy syntaktycznej. Bóg mówił w historii. To jest pewne. Inną sprawą jest to, w jaki sposób ludzie potrafili to zapisać. Nasz język jest tak samo słaby jak my sami, więc zanim oskarżymy Boga o to, co mówi, najpierw zastanówmy się czego dokładnie doświadczył piszący te słowa człowiek.

  1. Biblia to nie księga, to zbiór wielu ksiąg

Czy słyszeliście o czymś takim jak gatunki literackie? Wiecie co to powieść, zagadka, kronika, pieśń, dokument prawny czy przypowieść. W Biblii mamy masę gatunków literackich. To znaczy, że poszczególne teksty musimy odbierać nieco inaczej. Uchroni nas to przed dosłownym rozumieniem czegoś co nie ma być zrozumiane dosłownie. Jak ważne jest rozróżnienie gatunków, zróbcie sobie eksperyment: włączcie radio i spróbujcie „naukowo” podejść do tekstów, które słyszycie w piosenkach. Jeśli słyszymy słowa piosenki Franka Sinatry „Take me to the moon”: „pozwól mi zobaczyć jak wygląda wiosna na Marsie czy Jowiszy” to czy dosłownie rozumiemy te słowa? Przecież dobrze wiemy, że nikt nigdy nie był na Marsie ani Jowiszu, już nie mówiąc o tym, że wiosna jest fenomenem typowo ziemskim w naszym układzie słonecznym. A kiedy w tej samej piosence słyszymy „wypełnij moje serce piosenką” to czy staje nam przed oczami kardiochirurg wszywający w organ sercowy piosenkarza miniaturowy odtwarzać muzyczny? Czy czujemy jak głupi jest to sposób „czytania” piosenek? Wszystko staje się jasne w refrenie tej piosenki: „Innymi słowy, potrzymaj mnie za rękę… pocałuj mnie, kochanie.” Ten Mars i Jowisz i ta piosenka w sercu to nic innego jak metafora prośby o byciu blisko ukochanej osoby. Choć porównania zawsze mają wiele słabych punktów, to jednak w tym przypadku podobnie jest w Biblii – znajdziemy wiele metafor, pieśni, hymnów – już nie potrafimy ich dziś czytać ze zrozumieniem, potrzeba czasu i żmudnej pracy nad rozszyfrowaniem znaczenia czytanych wyrażeń i całych kompozycji.

  1. Biblia to nie rozprawka naukowa

Choć niejedną rozprawkę naukową na temat Biblii możemy napisać, a w różnych ośrodkach naukowych świata jedne z bardziej elitarnych studiów to studia biblijne (każdy prawdziwy biblista, który na poważnie chce studiować teksty biblijne, musi być po części filologiem, teologiem, archeologiem, geografem, filozofem, historykiem, podróżnikiem, kulturoznawcą, religioznawcą, literaturoznawcą…) to jednak sama Biblia naukową rozprawką nie jest. Tony papieru i litry atramentu zużyto na dyskusje wokół napięcia jakie ma rodzić zestawienie Biblii z naukowymi teoriami. Skrajni zwolennicy tego, że Bóg stworzył świat w siedem dni ze skrajnymi zwolennikami ewolucji Darwina o mało się nie pozabijali. Problem rozwiązuje punkt drugi naszej wyliczanki. I na tym na razie skończę, ponieważ temat jest szeroki.

  1. Biblia to nie księga magicznych zaklęć

Choć stwierdzenie to może wywołać lekki uśmiech na twarzy, to ma pokrycie w rzeczywistości. Czasem słowa w Biblii traktowane są jako pełne magii, mające jakąś nadprzyrodzoną moc osądzania rzeczywistości, przede wszystkim innego człowieka. Niektórzy sądzą, że słowa Biblii mogą w magiczny sposób zmienić nasze życie oraz cały świat. Magiczny sposób myślenia wśród chrześcijan jest tematem dość szerokim i znacznie wykracza poza karty Biblii i wkrada się do liturgii oraz osobistego przeżywania. Ten temat jest równie szeroki jak punkt 4. W tym wypadku wróciłbym do wstępu tego wpisu, do „odwróconego czytania”. Żadnej magii nie ma, jest jedynie proces zmiany myślenia pod wpływem tekstów biblijnych, proces zbliżania się do prawdy, który owocuje konkretnymi naszymi decyzjami w życiu.

  1. Biblia to nie autorytet w podpieraniu każdej opinii

Trzeba to sobie jasno powiedzieć. W Biblii jest tak wiele niedopowiedzeń, wiele spraw jest tajemniczych (tajemniczy, nie znaczy magiczny – patrz punkt 5.) i wiele sformułowań niejasnych, że słowami Biblii możemy podeprzeć się broniąc nawet najdziwniejszych teorii, chociażby o istnieniu kosmitów (bez kitu, wpiszcie sobie w wyszukiwarkę internetową: kosmici w Biblii). Jak ważna jest Biblia w naszym kręgu cywilizacji niech powie za siebie sam fakt, że właściwie wszyscy na jej autorytecie próbowali i próbują przekonać do swoich racji: tradycjonaliści, liberaliści, komuniści, kapitaliści, ekolodzy, skrajne ruchy nacjonalistyczne, LGBTQ, polityczne, feministyczne, oraz wiele innych.

  1. Bóg nie jest książką

W sensie, że Biblia nie zaklęła całego Boga w słowach. Bóg jest znacznie, znaczenie, znacznie większy od tego, co czytamy o Nim w Biblii. Tu też mamy pewien odwrotny proces – słowa, które mają swoją „ostrość” (czyli opisują konkretną część naszej rzeczywistości) – zamiast zamykać, otwierają. Zarówno porządkują nasze myślenie o Bogu, jak i otwierają rzeczywistość na doświadczenie tego Boga. Papież Franciszek w „Evangelii Gaudium” napisał: „Rzeczywistość jest ważniejsza od idei”. Słowo Boże to nie idea o Bogu (choć na podstawie Biblii wiele takich idei zbudowano). Jeśli ma być żywe, to nie może ono funkcjonować w teorii, musi ono żyć w nas. Spisanych świadectw działania Boga, a przede wszystkim Jego Syna, Jezusa z Nazaretu, mamy w historii tak mało (co to są 72 księgi plus trochę apokryfów w porównaniu z kilkusettysięczną historią człowieka, czy nawet tym wszystkim co mamy obecnie w Internecie), że te księgi są dla nas bezcenną skarbnicą. Właśnie dlatego Biblię badamy, czytamy, okadzamy, całujemy, dekorujemy, medytujemy, rozważamy, tłumaczymy…

Dla mnie przestrogą w pochopnym czytaniu Biblii są słowa z Drugiego Listu Św. Piotra (3,16), gdzie autor tego listu, pisząc o listach św. Pawła przestrzega:

Są w nich jednak pewne rzezy trudne do zrozumienia, które – podobnie jak inne Pisma – ludzie niedouczeni i słabej wiary przekręcają na własną zgubę.

ryzyko czy awersja?

Jesus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: «Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana.” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana.” Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność.” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz, w ciemności: tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”». (Mt 25,14-30)

 

W powyższym fragmencie możemy znaleźć trzy interesujące kwestie ekonomiczne: inflację, koszty alternatywne oraz awersję do ryzyka. Zacznijmy od pierwszej. Gospodarz z przypowieści mówiąc: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność.” wskazuje pośrednio na kwestię psucia pieniądza w czasie lub, mówiąc inaczej, inflacji. Inflacja to średni wzrost cen produktów i usług. Fakt ten sprawia, że za tą samą kwotę w drugim roku kupimy mniej produktów niż w roku pierwszym. Przykładowo: w tym roku za 100 zł kupimy 5 paczek kawy kosztujących 20 zł każda. Jeśli w ciągu roku ich ceny wzrosną o 20% do 25 zł, będziemy w stanie kupić jedynie 4 paczki. Jest to osłabienie siły nabywczej pieniądza. W efekcie owe 100 zł jest mniej wartościowe niż rok wcześniej.

Cytat ten wskazuje także na drugą kwestię: koszty alternatywne (utracone). Koszty te, to zyski, które mogłyby zostać osiągnięte poprzez inwestycję danej kwoty, ale z jakiegoś względu nie zostały, np. poprzez inwestowanie w co innego lub tak jak sługa nieinwestowanie w ogóle. W efekcie, gospodarz odbiera po powrocie 1 talent. Wydawać by się mogło, że nic nie stracił, jednak tak nie jest. Patrząc na zyski pozostałych sług, bankierzy byli w stanie podwoić kapitał gospodarza. W takim wypadku gnuśny sługa odkładając kapitał do banku, mógłby oddać panu 2 talenty. Oddaje jednak tylko jeden, który dodatkowo jest osłabiony przez inflację. Stracił więc ponad jeden talent swojego pana.

„Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność.” – tutaj możemy znaleźć odniesienie do problemu awersji do ryzyka. W ekonomii sporo miejsca poświęca się stosunkowi osób do ryzyka. Wyróżnia się zasadniczo trzy rodzaje charakterów: chęć do ryzyka, neutralność oraz niechęć (awersja) do ryzyka. Osoby, które lubią ryzyko, chętnie uczestniczą w grach losowych, nawet tych nierozsądnych, nie boją się inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia itd. Osoby neutralne nie podejmują nadmiernego ryzyka, ale też nie boją się podjąć tego wyważonego. Grają w uczciwe gry lub inwestują w pewniejsze inwestycje. Osoby niechętne ryzyku starają się uniknąć każdego rodzaju ryzyka. Przede wszystkim chcą zachować swój status quo. Słudzy z fragmentu różnili się pod tym względem: pierwszych dwóch było neutralnych (oddanie pieniędzy na lokatę jest inwestycją rozsądną i wyważoną), zaś trzeci wyróżniał się silną awersją. Jak widać gospodarzowi nie spodobało się postępowanie trzeciego sługi. Można to odczytać tak, że Jezus preferuje postępowanie odważne, ale rozsądne. Nie możemy niestety dowiedzieć się wiele na temat chęci do ryzyka, ale możemy się domyślać, że nadmierna brawura i inwestycje głupie nie będą się Panu podobać. Oczekuje od nas, że nie będziemy się bali poświęcić tego co otrzymaliśmy, aby uczynić to, co Bogu miłe. Cokolwiek to będzie: czas, majątek czy umiejętności.

DIAGENEZA I METAMORFIZM

Maciej Mateusz Telesiński

 

Teksty biblijne zazwyczaj nie powstawały jednorazowo. Rzadko zdarzało się tak, że ktoś siadał za stołem, brał pióro do ręki i pisał całą księgę od początku do końca. Większość ksiąg powstawała latami, stanowiła zbiór tekstów i przekazów ustnych pochodzących z różnych okresów, często były przeredagowywane, dopisywano różne rzeczy – nanoszono poprawki, dopisywano wyjaśnienia itp. W efekcie trudno jest odtworzyć co stanowi tekst pierwotny, a co późniejsze poprawki, a nawet jednoznacznie ustalić czas powstania księgi. Geologowi przywodzi to na myśl dwa procesy.
Termin diageneza obejmuje procesy zachodzące w osadzie po jego zdeponowaniu i prowadzące do powstania zwięzłej skały z luźnych osadów.

 

Metamorfizm oznacza procesy przemian chemicznych i fizycznych zachodzące w skałach (zarówno osadowych, jak i magmowych) pod wpływem wysokiej temperatury i ciśnienia, a więc zazwyczaj w głębi Ziemi. W ich wyniku powstają skały metamorficzne (np. gnejs lub marmur).

 

Oba te zjawiska powodują, że skała, którą oglądamy, wygląda inaczej i ma inne właściwości, niż w momencie jej powstania. Często jest to już zupełnie inna skała. Szczegółowe badania geologiczne zazwyczaj umożliwiają rekonstrukcję tych procesów (a nawet warunków, w jakich przebiegały) i ustalenie pierwotnej skały, choć czasem nie jest to łatwe i jednoznaczne.

boski rynek pracy

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. (Mt 20,1-16)

 

Z powyższego fragmentu ekonomia aż się wylewa. Na pierwszy rzut oka można dostrzec aż pięć różnych koncepcji i teorii. Pierwsza z nich to instytucja rynku pracy. W przypadku ewangelicznym jest to tradycyjny rynek, na którym gromadzili się najemnicy szukający zarobku i przychodzili przedsiębiorcy szukający rąk do pracy. Dziś rynek ten wygląda nieco inaczej, chociażby jak urząd pracy lub portal internetowy, jednak różni się wyłącznie formą. Wychodząc z tego spostrzeżenia łatwo trafiamy na kolejne, czyli na już skonkretyzowaną formę rynku – monopson. Monopson to forma dowolnego rynku (w tym przypadku pracy), w którym istnieje jeden odbiorca danego dobra i wielu jego wytwórców (odwrotnie niż monopol – jeden producent, wielu kupujących). Przykładowo możemy sobie wyobrazić, że w danym kraju istnieje jedna państwowa firma skupująca zboże od tysięcy rolników. Dzięki temu, ma ona pozycję dominującą – może dyktować ceny i warunki transakcji pojedynczym rolnikom. W przypowieści taką pozycję ma
gospodarz – jest wielu chętnych do pracy, ale tylko on chce zatrudniać. To on ma dominującą pozycję w negocjacjach z pojedynczym najemnikiem. Trzecia i czwarta koncepcja jest nieco głębiej schowana w tekście. To starcie różnych form gospodarki – obostrzona wieloma przepisami (socjalistyczna) i dużo swobodniejsza (wolnorynkowa). Na pierwszy rzut oka gospodarz (Bóg) jest lekko socjalistyczny, bo daje wszystkim po równo. Zauważmy jednak, że nie jest tak do końca. Bóg zrównuje ich wszystkich wyłącznie z własnej niczym nieprzymuszonej woli. Obdarza ich po równo wyłącznie ze swej dobroci. Jest to na wskroś „wolnorynkowe”. Mógłby im zaproponować dowolną kwotę, ale z miłości wyzbywa się swojego majątku na rzecz innych. Ostatnia z koncepcji to asymetria informacji. Możemy ją zaobserwować w zachowaniu pracowników zatrudnionych najwcześniej. Asymetria informacji polega na tym, że negocjacje nie są do końca efektywne (udane) dla jednego z uczestników, ponieważ jedna strona posiada więcej informacji niż druga. W tym przypadku gospodarz prawdopodobnie wiedział, że wyjdzie po kolejnych najemników i że zapłaci im tyle samo, co pierwszym. Gdyby oni także wiedzieli, to prawdopodobnie żądaliby większej zapłaty, albo wyszliby na rynek pod koniec dnia, żeby za tego samego denara wykonać znacznie mniejszą pracę. Gospodarz miał więc większą wiedzę i dzięki temu przewagę negocjacyjną!

 

Ten fragment Ewangelii jest jednym z kilku przesiąkniętych naukami ekonomicznymi. Widzimy na jego przykładzie, jak daleko w historii sięgają zasady ekonomii i jak mocno zakorzenione są w naturze człowieka. Widzimy też jak „wolnorynkowy” jest Bóg. Przeciwstawia się narzucaniu sobie woli innych (w tym przypadku najemników w sprawie „sprawiedliwej płacy”) i wynagradza tak, jak sam chce i na ile pozwala mu jego pozycja rynkowa.

akt mowy

Basia Krupka

 

A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. (Rdz 1,26-30; Biblia Tysiąclecia)

W pierwszym opisie stworzenia człowieka na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim skutek działań Boga. Z językoznawczej perspektywy warto jednak zagłębić się nie w to, co zostało stworzone, lecz w jaki sposób.

Wiele dyskusji rozpętało się na temat samego aktu stworzenia. Lecz do tej pory chyba żaden z badaczy nie powiązał go z teorią aktów mowy Austina*. Bóg nie stwarzał świata (według przytoczonego wyżej opisu) z istniejącej materii, lecz posługiwał się Słowem. Działał więc w rzeczywistości językowej w taki sposób, który tworzy nową, także pozajęzykową rzeczywistość.

Austin podzielił akt mowy na trzy aspekty: lokucyjny, illokucyjny i perlokucyjny. Lokucja to, mówiąc najprościej, tworzenie i artykułowanie wypowiedzi. W powyższym tekście jest to samo brzmienie wypowiadanych słów. Illokucja to intencja, w jakiej tworzona jest wypowiedź. Kierowana jest do odbiorcy w jakimś konkretnym celu, na przykład kiedy mówimy „przepraszam”, aspektem illokucyjnym będzie nasza chęć, aby rzeczywiście kogoś przeprosić. W tekście biblijnym będzie to zaś prawdziwa chęć stworzenia człowieka zgodnie z Bożym zamysłem. O perlokucji mówimy zaś, gdy wypowiedź okazuje się skuteczna, wywołuje u odbiorcy zamierzony efekt.

Tu pojawić się może pewien problem natury ontologicznej. W powyższych aspektach aktu mowy uwzględniony jest bowiem odbiorca, wydaje się zaś, że Bóg „rzecze” w pustkę. Czy zatem Austin nie miał racji, formułując swoje tezy związane z performatywami** (z którymi mamy tu niewątpliwie do czynienia, skoro pewna rzeczywistość zostaje skutecznie stworzona wyłącznie za pomocą aktu mowy)? Wydaje się, że odpowiedź może być inna. Skoro Bóg istnieje poza czasem, to również w taki sposób odbywa się stwarzanie człowieka. Kiedy więc mówi „uczyńmy człowieka”, wypowiedź tę kieruje do istoty, który już istnieje w Bożych zamysłach, nie do jakiegoś przyszłego, nieokreślonego bytu.

Tę tezę zdaje się podkreślać paralelizm składniowy, czyli figura polegająca na powtarzaniu zdań o podobnej budowie. W stworzeniu świata tę funkcję pełnią dwa powtarzające się sformułowania: „A potem Bóg rzekł” oraz „A Bóg widział, że były dobre”. Paralelizm ma na celu podkreślenie równoległości zdarzeń. Można więc, w perspektywie nieograniczoności Boga czasem i przestrzenią, pokusić się o stwierdzenie, że Bóg stwarza każdego człowieka cały czas, za pomocą swoich Słów (rozumianych m.in. jako Biblia).

*John Austin (1911-1060) – brytyjski filozof, znany przede wszystkim z wykładów dotyczących filozofii języka
**performatyw – szczególny rodzaj aktu mowy będący jednocześnie działaniem, np. podziękowanie, przeproszenie

zysk

Zapytał Go pewien zwierzchnik: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu odpowiedział: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij swego ojca i matkę!» On odrzekł: «Od młodości przestrzegałem tego wszystkiego». Jezus słysząc to, rzekł mu: «Jednego ci jeszcze brak: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną». Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty. Jezus zobaczywszy go [takim] rzekł: «Jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego». Zapytali ci, którzy to słyszeli: «Któż więc może być zbawiony?» Jezus odpowiedział: «Co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga». Wówczas Piotr rzekł: «Oto my opuściliśmy swoją własność i poszliśmy za Tobą». On im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu albo żony, braci, rodziców albo dzieci dla królestwa Bożego, żeby nie otrzymał daleko więcej w tym czasie, a w wieku przyszłym – życia wiecznego». (Łk 18,18-30)

Mówi się, że ekonomia widzi w działaniu człowieka jedynie pogoń za zyskiem. Jest to jednak stereotyp nie znajdujący potwierdzenia w rzeczywistości. W ekonomii jest wiele różnych metod i podejść odrzucających to założenie. Nawet Adam Smith, którego uważa się za ojca nowoczesnej ekonomii, uważał inaczej, choć błędnie przypisuje się mu takie twierdzenie. Jest to pewne wypaczenie związane z rozwojem nauk ekonomicznych idących w kierunku budowania matematycznych modeli, które niestety są w swojej naturze ograniczone i muszą przyjmować jakieś uproszczenia. W gruncie rzeczy ekonomia nie zaprzecza Biblii i nie wyklucza innych motywów działania. Mogą to być pieniądze, rodzina, dobroczynność, ojczyzna, zbawienie i mnóstwo innych.

Powyższy fragment jest nieco kontrowersyjny, a nawet dezorientujący. Czy dobry chrześcijanin powinien cierpieć nędzę? Czy ktoś obdarzony bogactwem musi koniecznie wszystko oddać, bo inaczej nie zostanie zbawiony? Oczywiście, że nie. Jezus nie mówi o tym, żeby być biednym. Używa jedynie bardzo radykalnego przykładu, aby pokazać nam jakie motywy działania podobają się Bogu najbardziej. Najważniejszym motywem naszej aktywności powinno być zbawienie, ale nie wyklucza to osiągnięcia zysku jako wypadkowej niektórych naszych działań. Nie może on być jednak ważniejszy. Bo bogaty młodzieniec będzie miał problem ze zbawieniem nie dlatego, że jest bogaty, ale dlatego, że bogactwo jest dla niego ważniejsze niż królestwo Boże. Jezus uczy nas w tym fragmencie, że nie ma nic złego w podnoszeniu standardu swojego życia (apostołom mówił, że otrzymają dużo więcej już tu na ziemi), ale powinniśmy być gotowi w każdej chwili oddać to, co uzbieraliśmy bez większego żalu. Nie może być to ważniejsze od zbawienia, które powinno być celem najwyższym. Ma to sens patrząc nawet zwyczajnie po ludzku. Nic na ziemi nie jest zapewnione. Wszystko jest niezwykle ulotne – ludzie umierają, bogactwa przemijają, a zdrowie się kończy. A moment, w którym coś w życiu stracimy przyjdzie na pewno. Warto więc gromadzić trwalszy majątek.

ewangeliczna inwestycja

Piotr powiedział do Jezusa: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?» Jezus zaś rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy». (Mt 19,27-29)

 

Apostołowie wykazują zupełnie ludzkie zaniepokojenie przysłowiowym „jutrem”. Ich sytuacja była przepełniona niepokojem: w końcu porzucili wszystko dla niedawno poznanego gościa, który im opowiada różne ciekawe rzeczy, uzdrawia i czyni cuda, ale przecież życie to także obowiązki. Kto się zaopiekuje nimi i ich rodzinami? Troska o to jest zupełnie naturalna, więc otwarcie ją przedstawiają. Jezus w odpowiedzi prezentuje im koncepcję inwestycji. Współczesny inwestor przeznacza zgromadzony majątek na jakieś aktywa, które – jak głęboko wierzy – odda mu zainwestowany kapitał powiększony o zysk. Identycznie apostołowie: porzucili swój majątek, rodziny i ważne dla nich sprawy, a teraz pytają jaki będzie z tego zysk. Na pierwszy rzut oka może nam się to wydawać bardzo interesowne, ale uczniami kierowała jednak troska o jutro, niepewność. Te aspekty są nieodłączną częścią naszej codzienności. Tak samo jak apostołowie nie wiemy co spotka nas jutro, nie wiemy czy już czegoś nie straciliśmy. Podobnie jest z wiarą. Apostołowie także nie byli pewni – oni wierzyli. Bo tam gdzie pojawia się brak pewności, tworzy się miejsce na wiarę. I właśnie ci ewangeliczni inwestorzy uczą nas, że zawsze będziemy coś ryzykować i zawsze będziemy podejmować decyzje w warunkach niepewności. Zawsze będziemy w coś inwestować. A Jezus ich, a także nas, uspokaja: zaryzykowaliście wiele, a nawet wszystko, ale wasz zysk będzie stukrotny (dzisiaj to oznaczałoby niemal 10 000% stopy zwrotu, jednak sto jest użyte w przenośni – oznacza niepoliczalnie wiele). Zgadza się to z prawidłami finansów – wysokie ryzyko jest nagradzane wysoką premią. W tym przypadku najwyższą z możliwych.

Słownik pojęć:

Aktywa – zasoby majątkowe, np. gotówka, papiery wartościowe, maszyny, oprogramowanie komputerowe. W przedsiębiorstwach wykorzystywane są w procesie produkcji.

Inwestor – osoba przeprowadzająca inwestycję.

Inwestycja – przedsięwzięcie mające na celu powiększenie zasobów majątkowych.

Kapitał – aktywa finansowe (gotówka, środki na rachunku bankowym).

Stopa zwrotu – najczęściej wyrażony w procentach stosunek zysku do nakładów, np. zainwestowano 100 i zysk na inwestycji wyniósł 20. Stopa zwrotu w tym przypadku wynosi 20%.

Zysk – nadwyżka przychodów nad kosztami.

 

głodny

Chciał odpłynąć tam, gdzie nie było nikogo, ale gdy wysiadł z łodzi znów ich wszystkich zobaczył. Może chciał odpocząć, porozmawiać sam na sam z Ojcem, obgadać z Nim kilka ważnych spraw? Nie wiem. Okoliczności do tego, by się wkurzyć i kazać, by sobie poszli, były odpowiednie. Zrobił inaczej niż myślałem. Podszedł do nich i zaczął leczyć. Trochę czasu mu to zajęło. Byliśmy już tym wszystkimi zmęczeni. Zaczęło nam burczeć w brzuchach. Nieważne, że nikt nie narzekał. Wszyscy byli zafascynowani tym, co robił. Myśmy już do tego przywykli. Naprawdę nie myślą o jedzeniu? Pięć chlebów i dwie ryby – kilkanaście osób może się względnie tą porcją najeść, ale na pewno nie kilka tysięcy. Przecież nie powiemy Mu, że jesteśmy głodni. Pójść na bok i wszamać to, cośmy tu mieli? Bez sensu. Głupio później wyjdzie. I tak się dowie. No, ale przecież ten tłum też w końcu zgłodnieje. Tak, oni na pewno już są głodni, tylko nie chcą nam tego powiedzieć. Tak, niech im każe sobie wrócić. Będzie spokój, w końcu wciągniemy po kanapce i rozciągniemy się na ziemi. Idziemy do Niego. Tekst mamy dobry, na pewno zrobi jak chcemy.

Co? My mamy dać im jeść?

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Pokazaliśmy Mu to, co żeśmy ze sobą mieli. Jak to zobaczy – pomyślałem sobie – to chyba zrozumie. Ale nie. Każe wszystkim siadać. Wziął od nas chleb z rybami. Popatrzył w górę i zaczął mówić do swego Ojca. Zawsze tak robił, gdy coś ważnego miało się wydarzyć. Patrzyłem i czekałem. Jak skończył, zawołał nas do siebie. Zaczął dzielić chleb, dawał nam i powiedział, żebyśmy zanieśli ludziom. Byłem totalnie zdezorientowany. Robiłem co mi kazał. Poszedłem między ludzi. Patrzyli na mnie i mi dziękowali. Niektórzy się do mnie uśmiechali. Jakaś starsza kobieta z wdzięczności wrzuciła mi kilka monet do kieszeni. Usłyszałem tyle dobrych słów. Dlaczego dziękują mi? Przecież nic nie zrobiłem! Ten chleb. Ta ryba. Przecież nasz pomysł na ten wieczór był zupełnie inny. Po raz kolejny rozczarowałem się sobą. Byliśmy głodni. Wiedział, na pewno wiedział, że nie powiedzieliśmy Mu prawdy, że tak naprawdę kiszki w brzuchu przekręcały się nam, nie im. To nas powinien wysłać do miasta i się z nami pożegnać na jakiś czas. Może na zawsze. Nie, On tak nie potrafi. Wykorzystuje każdą sytuację, by nas czegoś nowego nauczyć. Po tym wszystkim w końcu się wszyscy rozeszli do domów, sami. Siedziałem na kamieniu. Było cicho. Noc była ciepła. Patrzyłem z daleko na Niego. Spał. Ja nie mogłem zasnąć. Po prostu nie mogłem przestać myśleć.

 

Mateusz napisał:

Gdy Jezus to usłyszał, odpłynął stamtąd łodzią na miejsce niezamieszkałe. Tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim.
Kiedy wysiadł z łodzi, zobaczył wielką rzeszę ludzi. Ulitował się nad nimi i uzdrowił ich.

Wieczorem podeszli do Niego uczniowie i rzekli: „Miejsce to jest odludne i jest już późno. Odeślij ludzi do wsi, aby kupili sobie żywności”.
Lecz Jezus odpowiedział: „Nie muszą odchodzić. Wy dajcie im jeść!”
A oni na to: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby”.
Wtedy On polecił: „Przynieście Mi je tutaj!”.

I rozkazał ludziom usiąść na trawie. Wziął pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówił modlitwę uwielbienia. Potem łamał chleby i dawał uczniom, a oni ludziom.
Wszyscy jedli do syta, a zebranymi resztkami napełniono dwanaście koszy.
Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

(Mt 14,13-21)